wersja e-czytelni™ dla urządzeń mobilnych Przejdź do treści
Wachta 03:00-05:00. Ze zbiżającym się porankiem ożywia się również wiatr, wieje znacznie silniej i z korzystnego kierunku. Żeglujemy względnie szybko, z prędkością do siedmiu węzłów.
Zaczynają pojawiać się również silne szkwaliki, które trzeba zdecydowanym ruchem koła sterowego uspakajać.
I tu nagle wyłania się ono — słońce. Najpierw jako kapelusz grzyba, ogniście żółty. Potem przemienia się w rozgrzaną do czerwoności czarę, która po krótkiej chwili staje się wielkim okrągłym dyskiem, zarysowanym cyrklem. Z tego dysku zaczyna promieniować złoto-czerwonym żarem. Od czasu do czasu przebiegnie przed nim mała chmurka, jakby chciała mu przemyć oblicze po nocnym śnie. Na zachodnim niebie pojawiają się natomiast ponad ciemnymi cumulusami, czerwone cirrusy wprowadzając groźny i tajemniczy nastrój.
I tak to pompatycznie rozpoczął się przedostatni (prawdopodobnie) oceaniczny dzień. Do pokonania zostaje jeszcze około 190 Mm.
W oddali pojawiają się jeszcze światła jakiegoś frachtowca.
Dzień przepełnił się słońcem. Wieje umiarkowany wiatr z kierunku NW, ciśnienie powietrza 1023 hPa, stan morza: 3, pełne ożaglowanie na maszcie, prędkość: 7,5 węzłów.
Warunki do żeglowania doskonałe. Stosunkowo wysokie fale nie wywierają na nas już groźnego wrażenia. Kolejne odwiedziny delfinów odbyły się również bez większych emocji. Wszystkie te fascynujące zdarzenia stały się „normalką”.
Intensywne wypatrywanie wielorybów jest ciągle jeszcze bezowocne.
Skipper rozpracował już plan porządkowania jachtu po zakończeniu rejsu. Mnie z Yorkiem przypadło sklarowanie pokładu.
Nasza wielka przygoda zbliża się ku końcowi, przyszedł więc czas na dokonanie wstępnego bilansu.
Ocean okazał nam wiele swoich oblicz. Żeglowaliśmy przy bardzo słabym wietrze, pieścił nas umiarkowany wiatr, zakosztowaliśmy też silnego wiatru.
Na nasze szczęście, oszczędzony był nam sztorm (do dzisiaj) — co niektórych kolegów trochę rozczarowało.
Moim zdaniem, przeżywanie sztormów lepiej jest poznawać z opowiadań i książek dzielnych żeglarzy.
Do fascynujących wrażeń należy zaliczyć spotkania z delfinami.
Niezapomniane pozostaną również bardzo emocjonujące zdarzenia, jak gwieździste morskie noce oraz podziwianie wschodów i zachodów słońca z pełną gamą barwnych i świetlnych efektów.
Bardzo ważnym socjalnym doświadczeniem jest sprawdzenie własnej ludzkiej granicy adaptacji do trudnych warunków.
Do trudnych warunków należy zaliczyć, między innymi, brak twardego lądu pod stopami oraz brak jego widoku przez 18 dni, grozę oceanu z jego bezkresnością. Przerażajaco duże fale napawające strachem. Uciążliwe warunki codziennego bytowania, jak skąpe możliwości utrzymania elementarnej higieny, pracochłonne sporządzanie posiłków, ograniczone zaspakajanie potrzeby snu.
Przebywanie zupełnie obcych sobie mężczyzn, z ich przyzwyczajeniami oraz wymaganiami, na tak małej i ciasnej życiowej przestrzeni. Konieczność wzajemnego uzależnienia się.
Wszystkie te nieudogodnienia w tak trudnych warunkach nie spowodowały nawet cienia wzajemnej agresji. Tak więc, można stwierdzić, że egzamin z adaptacji do trudnych warunków został przez nas zdany na bardzo pozytywną ocenę.
Myślę, że wymarzone przeżycie oceanu zostało potwierdzone jego rzeczywistą magiczną przyciągającą siłą, którą nie jestem w stanie racjonalnie zdefiniować.
To wszystko odbywa się w zupełnie innym emocjonalnym stanie, nigdy niedoznawalnym na macierzystym lądzie, w normalnych życiowych warunkach.
Z pewnością podobne stany też przeżywają, przy ogromnej dozie fizycznego wysiłku, zdobywcy szczytów górskich.
Mniemam, że u podstaw chęci żeglowania, występującej w zwiększającej rzeszy pasjonatów, leży duża doza romantyzmu, tkwiąca ciągle jeszcze w naturze ludzkiej.
Żeglarstwo jest też wyjątkowo emocjonalnym oraz rekreacyjnym sportem, który w szczególny sposób związany jest z naturą.
Wracając na pokład — Wachta 15:00-17:00.
Płyniemy w słońcu. Falowanie jest wielkie i nieproporcjonalne do siły wiatru. Wędrujemy po górach i dolinach wodnych. Wysokość fal szacujemy na około pięć metrów, ich długość na 50-60 metrów. Jest to pozostałość odległego sztormu, który tak silnie rozbujał ocean. Słaby wiatr wieje z NW.
O godz. 16:30 z lewej burty spostrzegamy jacht żaglowy, płynący równolegle, w odległości około pięciu Mm, w kierunku Azorów -tak zwanego „Ogrodu na Atlantyku”. Gdy znajdujemy się w morskiej dolinie, żaglowiec ze swoim wysokim masztem, znika całkowicie za falą. Krawędź widnokręgu pojawia się tylko przy osiągnięciu szczytu góry wodnej.
Wachta 21:00-23:00. Płyniemy pod silnikiem, wiatr jeszcze bardziej osłabł. Falowanie się nie zmniejszyło. Księżyc jest prawie w pełni, świeci bardzo mocno, jego światło rozświetla górzysty wodny pejzaż. Jest noc.
Podczas zmiany wachty Markus oznajmia mi, że czuje się już bardzo zmęczony i chętnie zakończyłby żeglowanie, jak my, w Horcie na Azorach. A przed nim jeszcze trzy tygodnie płynięcia, aż do Amsterdamu. Staram się go zmotywować i przekonać do dalszej podróży.
Etmal: 147 Mm, pozycja: 38°24' N, 031°26' W.
cdn.
© Copyright by Krzysztof Pallarz, 2009