e-czytelnia™ Wydawnictwa „e media” = literatura w internecie

e-czytelnia ` e media` - Strona główna

wersja e-czytelni™ dla urządzeń mobilnych Przejdź do treści

Internetowa czytelnia dobrym miejscem na Twój debiut literacki

Bookmark and Share

Facebook



Justyna Jendzio: „Ostrze nienawiści”

Komentarze» Wersja mobilna»

Justyna Jendzio: Ostrze nienawiści

Jechał wolno przedzierając się przez las. Jego wyszkolony koń uważnie stawiał kopyta omijając dziury, porośnięte mchami spróchniałe pnie, kamienie, wykroty, gniazda os czy mokradła. Rycerz nie korzystał z utartego szlaku, gdyż jadąc nim straciłby trzy dni drogi. Wybrał bardziej uciążliwą, niebezpieczną, ale i szybszą drogę przez ostępy. Drapieżników się nie obawiał, potrafił się bronić. Przed ciemnymi mocami chroniły go amulety, modlitwa i pobłogosławiona przez mistrzów zakonu broń. Zresztą okolica nie należała do niebezpiecznych, od dawna nie miały tu miejsca żadne niepokojące zdarzenia.

Późnym popołudniem spodziewał się dotrzeć do oberży na rozstaju dróg. Stamtąd miał już tylko dwa dni drogi do zamku Ranidor, siedziby jednego z mistrzów zakonu kemeidów, którego był członkiem. Wiózł listy od swojego przełożonego, Wielkiego Mistrza Nargaiusa z Magrir. Nie znał treści pism, choć domyślał się, co zawierały. Sprawy najwyższej wagi pozostające w uwadze zgromadzenia.

Już za chwilę spodziewał się wyjechać na wąską, na wpół zapuszczoną drogę, prowadzącą do głównego traktu. Była rzadko uczęszczana, przeważnie przez miejscowych, którzy chcieli sobie skrócić drogę do położonych w lesie barci dzikich pszczół czy siedzib smolarzy. Można było udać się nią też na bagna, gdzie mieszkała zielarka mająca silne leki i zaklęcia na wiele chorób, z którymi miastowi medycy nie mogli sobie poradzić. Droga, a właściwie ścieżka, wiła się po zboczach pagórków. Przecinały ją strumyki i kałuże. Koń mężczyzny często ślizgał się, choć był okuty i wprawny w wędrówkach po trudnym terenie. Jeździec pomagał mu balansem ciała. Inaczej już parę razy padliby w błoto. Mimo początków gorącego lata, las utrzymywał wilgoć, a duża ilość strumyków spływających z podnóża potężnych Gór Białych zapewniała bujny rozkwit roślinności.

W pewnym momencie koń zachrapał ostrzegawczo i zatrzymał się. Jeździec ściągnął wodze i uspokajająco poklepał zwierzę po szyi.

— Co wyczuwasz przyjacielu?

Koń zarżał cicho i nerwowo zamachał ogonem. Rycerz znał to ostrzeżenie. Przed nimi znajdowało się źródło złej mocy. Mężczyzna odruchowo sięgnął do wiszącego na szyi medalionu, mającego takowe moce odpędzać. Wyczuł jego delikatne wibracje i gęstniejące wokół niego powietrze. Jakby dotykał powierzchni uderzonego dzwonu. Stuknął piętami konia i dobywając miecza o pokrytej runami klindze — ruszył przed siebie. Po chwili dostrzegł, co niepokoiło zwierzę. Na ścieżce leżało ciało młodej kobiety. Sądząc po ubraniu, była chłopką bądź dziewką czeladną. Zwłoki leżały już przynajmniej dwa dni, gdyż zdradzały ślady rozkładu, którego zapach nieprzyjemnie drażnił nozdrza mężczyzny. Nie zsiadając z konia obejrzał ofiarę. Miała może z siedemnaście lat i została rozszarpana przez jakieś zwierzę. Coś rozerwało jej gardło i brzuch, wywlekając wnętrzności na zewnątrz. Twarz i ręce miała pocięte pazurami — zapewne broniła się przed atakiem. Jednak sądząc po głębokości cięć, nie miała szans. Takie obrażenia mógł zadać tylko niedźwiedź lub rosomak. Ślady pazurów dostrzegał także na pniach kilku najbliższych drzew. Rozjuszone zwierzę pozdzierało korę i głęboko poryło twardzicę drzew.

Niepokoiło go jednak chłodne uczucie wnikające w jego duszę. Gdzieś w pobliżu było źródło złej mocy. Słabe, lecz wyczuwalne. Gdyby miał więcej czasu, sprawdziłby to. Jednak sprawy powierzone mu przez mistrza zakonu, nie pozwalały mu na marudzenie. Mężczyzna wypowiedział szeptem kilka słów modlitwy, objechał zwłoki i skierował się ku głównemu traktowi. W oberży powiadomi miejscowych, by zajęli się ofiarą. Przez pozostałą część drogi niepokoił go tylko powiew złej mocy, który wyczuł w medalionie.

 

Zajazd był duży. Tworzyło go kilka budynków otoczonych palisadą. Przypominał gród ludów północy zza Gór Białych. Jednakże nie było w nim pana. Największy był budynek oberży, wzniesiony z grubo ciosanych bali i kryty drewnianym gontem. Obok znajdowały się spichrze, zamknięte na sztaby i kłódy loszki z zapasami, rzeźnia, rymarz, stajnie, obory, stodoła i wozownia, a nawet bimbrownia. Ze względu na ryzyko pożaru, kuźnia znajdowała się poza obrębem skupiska pozostałych budynków. Kowal miał wiecznie pełne ręce roboty, gdyż w tym miejscu krzyżowały się dwa ruchliwe trakty.

— O wielkie nieba! — usłyszał zeskakując z konia. — Toż to sam dostojny pan Tarion!

Uszczęśliwiony jego widokiem oberżysta, mimo pokaźnej tuszy, raźno biegł mu na spotkanie.

— Witaj Manrusie.

— Jakie dobre bogi sprowadzają waszą łaskawość w moje skromne progi?

— Jadę do zamku Ranidor.

Rycerz powiedział o przykrym znalezisku w lesie na bocznym trakcie. Oberżysta nie wydawał się zaskoczony.

— Tu zawsze było dużo niedźwiedzi. Czasem nawet pojawiają się leśne lwy. A ostatnio łowczy hrabiego donoszą o pojawieniu się starego samca górskiego niedźwiedzia. Pewnie jest już za słaby, by złapać zwierzynę, to będzie polował na ludzi. Wyślę pachołka do pana Synrusa, niech jego łowczy zwoła nagonkę.

Pacholę czeladne zajęło się wierzchowcem rycerza, a on udał się do izby jadalnej, gdzie zamierzał zjeść solidną porcję kaszy z dziczyzną. Idąc wysłuchiwał potoku słów o dobrych zbiorach, które wpłynęły na ożywiony handel, a tym samym na dobre zyski gospodarza. Słuchał z uprzejmości, bo choć sprawy były mało dlań interesujące, dobrze było je znać, by wiedzieć, jakie nastroje panują wśród ludu. Wszak powinnościami gawiedzi było pracować i być zadowolonym z owoców pracy, a zadaniem panów było to szczęście zapewniać opieką, rozwiązywaniem trudności i właściwym zarządzaniem. A żeby zarządzać — trzeba było wiedzieć, czym się zarządza. A zadowolony lud, to mniej kłopotów możnych.

Gdy szli przez obszerny i nierówny dziedziniec, Tarion poczuł na sobie czyjeś uważne spojrzenie. Odwrócił na bok głowę i dostrzegł młodą dziewczynę, przyglądającą mu się uważnie. Była bardzo ładna, co dostrzegał mimo usmolonej sadzą twarzy i skromnego, prostaczego odzienia. Jej rozchełstana, szara ze starości i nieumiejętnego prania koszula odkrywała dekolt, przyozdobiony prostym, wykonanym z drzewa i kolorowych kamyków wisiorkiem, zawieszonym na zwykłym, niebarwionym rzemyku.

— Kto to? — spytał Tarion.

Gospodarz zatrzymał się i podążył wzrokiem za spojrzeniem dostojnego gościa. Dopiero, gdy dostrzegł dziewczynę, wyrwał się ze swoich rozważań o interesach. Przez moment wyglądał, jakby pierwszy raz ją widział. Później łakomie oblizał usta, ale machnął lekceważąco ręką.

— To Nandri, pomocnica rzeźnika.

— Nie widziałem jej tu ostatnio.

— Dopiero od jednego nowiu tu pracuje. Przyszła znikąd, chuda i głodna. Błagała o pracę. Żal mi się jej zrobiło, to ją zatrudniłem. Przydatna jest. Czyści kiszki, zlewa krew, szoruje podłogi. — Manrus ponownie oblizał wargi, jakby na wspomnienie czegoś szczególnie przyjemnego.

Spoglądając kątem oka na oberżystę, Tarion nie miał wątpliwości, w jaki sposób gospodarz sprawdził umiejętności nowej pracownicy.

— Podoba się wam, panie? Mogę kazać jej się umyć i przyjść do was do izby.

— Nie szukam kobiety. — Rycerz jeszcze chwilę przyglądał się wpatrzonej w niego dziewce. — Ale chętnie skosztuję frykasów twojej kuchni, Manrusie.

Manrus odwrócił głowę ponad ramieniem.

— Jazda do roboty — warknął na dziewkę.

Na zaciekawione spojrzenie dostojnika wyjaśnił:

— Bywa krnąbrna… ale przydatna jest. Zna się nieco na ziołach. Nic dziwnego, włóczy się często po lasach, zbiera rośliny i przygotowuje z nich wywary. Pomagają na niestrawność i… dodają siły i wigoru. Ostatnio przesadziłem z golonkami, zalegały mi w kichach, nawet gorzała nie przyniosła ulgi… — oberżysta pospieszył z wyjaśnieniem przyczyny dolegliwości żołądkowych.

— Dają wigor? — przerwał mu Tarion. — Potrzebujesz ziół do figli z tą młódką?

Gospodarz sapnął, skrzywił się jak na wspomnienie bólu brzucha przy niestrawności i z zakłopotaniem podrapał się po głowie.

— Nie, z nią nie… — zająknął się, zdając sobie sprawę, że dał się podpuścić szlachcicowi i zdradził swój sekret.

Sapnął poirytowany sam na siebie.

— Wiecie panie, moja stara to nie nimfa, a i pierwszą młodość ma już za sobą.

Szlachcic wiedział jak wygląda połowica karczmarza i zdecydowanie zgadzał się z opisem, który i tak był dla niej aż nazbyt łaskawy.

— No, ale chutliwa jest. A ja.., eh... — sapnął ponownie. — Czasem udaje mi się wykręcić od obowiązków łoża.., ale nie mogę jej unikać. Muszę.., ale nie… no wiecie, panie…

Tarion w duchu uśmiechnął się do siebie. Domyślił się, że wdzięki połowicy szynkarza działają bardzo studząco na jego męskość. Mikstury Nandri sprawiały, że Manrus mógł zadowolić swoją żonę i uniknąć karczemnej awantury, która z pewnością skończyłaby się zniszczeniem wielu domowych sprzętów i uszkodzeniem ciała małżonka, obojętnego na uroki ciała swej ślubnej. Mimo swej postury, Manrus nie wyglądał imponująco przy swojej połowicy.

Jeden z chłopców stajennych przechodząc obok dziewczyny, klepnął ją poufale w pośladek. Akurat wtedy, gdy podnosiła z ziemi płachtę z gałęziami naciętymi z drzew śliw, mających być użytymi przy wędzeniu szynek i boczków. Dym z tych drzew dodawał wyrobom wspaniałego aromatu. Nandri gwałtownie odwróciła się i skoczyła na niego z pazurami. Drapnęła go w twarz i wpiła się zębami w ramię. Chłopak nie spodziewał się tak ostrej reakcji. Puścił postronek prowadzonego konia i pochwycił dłonie dziewczyny, usiłując ocalić swoją twarz przed gorszym pokiereszowaniem. Znajdujący się na dziedzińcu ludzie, rechotali rozbawieni widowiskiem. Dziewczyna pluła, kopała i próbowała nadal drapać. Silniejszy od niej chłopak odepchnął ją i upadła w pył podwórza.

— Ty suko — warknął — nie rób z siebie cnotliwej. Narmo nieźle sobie na tobie poużywał, a wszyscy doskonale wiedzą, dlaczego stary pozwala ci tu być!

— Zabiję szczeniaka — mruknął karczmarz i ruszył w stronę wyrostka, nie zważając na dostojnego gościa.

Jego wybuch bynajmniej nie był spowodowany chęcią obrony honoru dziewczyny.

Tłum zauważył go i zamilkł. Czeladź i niewolnicy z pospuszczanymi głowami rozchodzili się śpiesznie do swoich zajęć, ale przyjezdni i miejscowi kupcy nadal z rozbawieniem przyglądali się scenie. Mimo swej pokaźnej tuszy, karczmarz żwawo biegł ku kłócącym się. Chłopak dostrzegł swego rozgniewanego chlebodawcę i rzucił się do ucieczki.

— Nie wracaj tu już więcej, bo nie dostaniesz pracy nawet przy wypasie świń!

Chłopak pędem wpadł w bramę i zniknął za jednym z jej skrzydeł. Manrus zatrzymał się koło dziewczyny. Oddychał ciężko, a pot nagłego i niespodziewanego wysiłku zrosił mu twarz. Nandri wolno podniosła się z ziemi. Karczmarz spojrzał na nią, a później po zaciekawionych twarzach przyglądających im się osób.

— Jazda do roboty — rzucił chłodno dziewczynie, zły, że dał miejscowym powód do plotek, które i tak już krążyły z ust do ust.

Tarion uśmiechnął się w duchu, na zewnątrz zachowując powagę, okraszoną odrobiną wyniosłości, jak na człowieka o jego pozycji przystało. To gmin bawiły takie sceny, u szlachty powinny wzbudzać niesmak. Odwrócił się i wszedł do karczmy.

cdn.

© Copyright by Justyna Jendzio, 2010



[ góra ]

Komentarze

Społeczność e-czytelni na Facebooku

Rekomendacje

e-czytelnia

[ powrót ] | [ góra ]

 


 


Na tej stronie wykorzystujemy ciasteczka (ang. cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystanie z naszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies, umieszcza je w pamięci Twojego urządzenia. Więcej informacji na temat plików cookies znajdziesz pod adresem http://wszystkoociasteczkach.pl/ lub w sekcji „Pomoc” w menu przeglądarki internetowej.