e-czytelnia™ Wydawnictwa „e media” = literatura w internecie

e-czytelnia ` e media` - Strona główna

wersja e-czytelni™ dla urządzeń mobilnych Przejdź do treści

Internetowa czytelnia dobrym miejscem na Twój debiut literacki

Facebook



Janusz GEMBALSKI: „Omen” — odcinek 10.  | pobierz free-booka » free-book ikona

Komentarze» Wersja mobilna»

Janusz Gembalski: Omen

W naszym kochanym, komunistycznym kraju ukończenie mojej uczelni dawało niezależność w podejmowaniu pracy. Wprawdzie nie musiałem pracować na państwowej posadzie, ale na trzy lata zakotwiczyłem w pracowni projektowej związanej z Politechniką. Na starcie dało mi to bardzo dużo, a przede wszystkim nauczyło mnie wykorzystywania w praktyce poznanej teorii.

Małżeństwo, zawarte już na czwartym roku, częściowo ustabilizowało moje życie, ale z upływem lat coraz częściej dochodziłem do wniosku, że hamuje ono całkowicie moją niezależność zawodowo-artystyczną. Przypuszczam, że krańcowość naszych charakterów i zainteresowań przyczyniała się do tego, że powoli oddalaliśmy się od siebie. Żona dobierała sobie takie towarzystwo, by móc na jego tle błyszczeć i ja jako artysta byłem jej do tego potrzebny. Ja z kolei preferowałem znajomości z ludźmi ciekawymi, reprezentującymi jakąś własną, niepowtarzalną osobowość, którzy wcale nie musieli mieć tytułów naukowych ani tak zwanej pozycji. Czasem mieli skończoną tylko szkołę podstawową, a reprezentowali sobą o wiele więcej niż zadufani w sobie pyszałkowie. O tym, że nasze małżeństwo uznałem za pomyłkę, przesądził mój wyjazd do Anglii. Byłem tam wysłany na stypendium przez Ministerstwo. W owych czasach wyjazd za żelazną kurtynę był ewenementem i wizę turystyczną dostawało się jedynie na dwa miesiące. Kiedy więc, będąc już na miejscu, przedłużyłem sobie oficjalny pobyt na dalsze pół roku, moja małżonka w przekonaniu, że nie wrócę do kraju znalazła sobie kochanka. Jakież było jej zdziwienie, kiedy wróciłem po upływie trzech i pół miesiąca, a nawet przywiozłem stamtąd samochód. Równie zdziwiony był milicjant w cywilu, któremu oddawałem paszport, a który tych co „stamtąd” wrócili spowiadał z nawiązanych kontaktów i traktował każdego jak potencjalnego szpiega i zdrajcę ojczyzny. Kiedy stanąłem przed jego ponurym obliczem, najpierw kazał mi usiąść, potem powoli przeglądał moje akta i zdziwił się jak z kryminalną przeszłością udało mi się otrzymać paszport. Kiedy próbowałem mu wytłumaczyć, że siedziałem przez pomyłkę i tylko trzy tygodnie, stwierdził, że każdy tak mówi, a nikt niewinny w pace nie siedzi. Potem pan, jak się okazało kapitan, powoli obejrzał mój paszport i rzekł:

— No i co tu widzimy? Wiza na dwa miesiące, a wy nielegalnie przedłużyliście sobie pobyt.

— Ja sobie nie przedłużyłem, tylko skróciłem. Niech pan obejrzy pieczątkę na następnej stronie, mogłem tam siedzieć jeszcze cztery i pół miesiąca.

 

Była wczesna jesień. Wracałem autem z Międzynarodowych Targów, które na skutek odcięcia nas od świata były jedyną okazją do podglądania ciekawych rozwiązań architektonicznych i materiałowych. Około 16.00 przy doskonałej widoczności i małym ruchu, na długiej, prostej drodze przechodzącej przez rzadki las zauważyłem, że coś dziwnego dzieje się z autem jadącym kilometr przede mną, które z dużą prędkością minęło mnie przed chwilą. Był to niebieski fiat 132 — w latach 70. jeden z najbardziej luksusowych u nas samochodów. Auto z podniesioną w górę maską najpierw jechało bokiem, potem obróciło się tyłem do kierunku jazdy i wypadło z drogi uderzając w drzewo. Działo się to jak na zwolnionym filmie. Natychmiast zjechałem na pobocze i podbiegłem do rozbitego samochodu. Musiał mieć uszkodzony bak, gdyż wylewało się paliwo. Silnik nadal pracował. Przez rozbite okienko wczołgałem się do środka i wyłączyłem stacyjkę. Zrobiłem to z trudem, gdyż nie dość, że auto leżało na boku od strony kierowcy, to w środku musiałem się przebijać przez jakąś skotłowaną masę śmierdzących wnętrzności, szczątków ludzkich i futra. W pierwszej chwili pomyślałem, że jakaś idiotka w ciepły, jesienny dzień jechała, mając na sobie futro. Po chwili, gdy pokryty krwią stanąłem obok samochodu i usiłowałem otworzyć znajdujące się teraz u góry drzwi, zobaczyłem że przez przednią szybę wbity jest do środka jelonek. To z jego rozprutego brzucha pochodziły te cuchnące wnętrzności. Nie miałem możliwości dostać się do kierowcy, ale na spodzie auta, na tylnym siedzeniu zobaczyłem kobietę. Udało mi się wywindować ją przez otwarte tylne drzwi i ułożyć pod drzewem w pozycji półsiedzącej. Była nieprzytomna. Nie zauważyłem żadnych ran, a coś, czym była zbryzgana to odchody, wnętrzności i krew jelonka. Raz jeszcze wpełzłem do środka na tylne siedzenie i zobaczyłem, że kierowca ma głęboko wbity w szyję jeden z rogów kozła. Na pewno już nie żył. Spojrzałem na zegarek. Minęło dopiero 10 minut, a mnie się zdawało, że cała wieczność. Podszedłem do leżącej kobiety. Oddychała, ale nadal była nieprzytomna. Miałem w aucie kanisterek z wodą, bo moja chłodnica nieco przeciekała. Obmyłem nią twarz kobiety, rozerwałem na piersiach sukienkę i stanik, i obficie polałem wodą. Ruszyła ręką i zajęczała. W tym momencie zatrzymała się obok nas ciężarówka. Kierowca, który z niej wysiadł nie bardzo wiedział, co się stało. Byłem zakrwawiony, więc chyba myślał, że to ja prowadziłem rozbite auto. Podszedłem do niego i poprosiłem, żeby szybko pojechał do najbliższej miejscowości i zadzwonił po pogotowie i milicję.

W tym czasie obok nas zatrzymały się jeszcze dwa samochody osobowe i jeden z kierowców — chyba miejscowy — powiedział, że podjedzie do pobliskiej leśniczówki i stamtąd zawiadomi kogo trzeba. Upewniłem się, że z kobietą jest coraz lepiej i jeszcze raz wpełzłem do wraka. Wydostałem damską torebkę, a z wewnętrznej kieszeni marynarki martwego kierowcy — portfel z dokumentami. Po otwarciu torebki, poza kosmetyczką i damskimi drobiazgami, zobaczyłem portfelik z dokumentami i luzem wrzucone banknoty, wartości przynajmniej dziesięciu średnich pensji krajowych, oraz gruby, ciasno zwinięty plik studolarówek. Niewiele myśląc i znając naszą kochaną milicję, najpierw schowałem ten zwitek do kieszeni, a potem, korzystając z zamieszania, dyskretnie pod tylne siedzenie w swoim aucie. Jak się potem okazało, miałem rację.

Po chwili kobieta spojrzała na mnie i coś szepnęła. Była już przytomna. Przykucnąłem przy niej i powiedziałem, że zaraz przyjedzie pogotowie i milicja. Spytałem, czy coś ją boli. Powoli poruszyła najpierw rękami, potem prawą nogą. Lewą miała nienaturalnie przekręconą, a gdy próbowała nią poruszyć, jęknęła i o mało znów nie straciła przytomności. Spytała, czy to ja wyciągnąłem ją z auta i co z jej kierowcą. Nie bardzo wiedziałem czy powiedzieć o jego śmierci, ale ona sama, rozglądając się już bardzo przytomnie stwierdziła:

— Pewnie nie żyje. Szkoda go jako człowieka, ale jednego skurwysyna SB-ka mniej. Gdzie moja torebka?

— Jest tutaj, wyjąłem ją z auta.

— Czy myśmy w pana strzelili? Wygląda pan okropnie. Nic się panu nie stało? Jest pan cały zakrwawiony.

— Nic mi nie jest. Wyglądam tak, bo wyciągałem panią z auta. Wyjąłem z pani torebki dolary i schowałem.

— Dobrze pan zrobił. Mam wielką prośbę. Jeżeli ma pan trochę czasu, bez względu na to, co się stanie, niech mnie pan nie opuszcza do momentu, gdy znajdę się w szpitalu. Na pewno sowicie to panu wynagrodzę.

Podjechała milicja, a za chwilę pogotowie. Gdy lekarz usztywniał jej nogę, relacjonowałem przygłupiemu sierżantowi przebieg wypadku. Najpierw mnie wylegitymował i wypytał skąd, dokąd i po co jechałem, dlaczego się zatrzymałem, czemu zaraz nie powiadomiłem milicji, kto mnie upoważnił do grzebania w samochodzie i zacierania śladów?

Powiedziałem mu, że wszystko odbyło się 40 minut temu, a przecież pierwszy kierowca, który przejeżdżał powiadomił milicję. Dla mnie ważniejsze było ratowanie pasażerów niż ślady. Nie moja wina, że tak się guzdrali z przyjazdem.

— Przestańcie się mądrzyć, bo możemy was zatrzymać przynajmniej na 24 godziny.

Kobieta, którą właśnie zajmował się lekarz, już na tyle doszła do siebie, że słysząc jak idiotycznie przesłuchuje mnie „Pan Władza” krzyknęła:

— Ty debilu! To ty, durniu, będziesz się tłumaczył, że tak się srałeś z przyjazdem do wypadku. Ty chamie, nawet się nie zainteresowałeś stanem ofiar ani kto jechał samochodem. Widzę, że pan, który się nami zajął ma w ręce portfel mojego osobistego kierowcy. Zajrzyj, gówniarzu, do środka, to zaraz nasrasz ze strachu w portki.

Rzeczywiście, gdy podałem mu portfel i zaczął przeglądać jego zawartość zbladł, powiedział coś na ucho plutonowemu i obaj zabrali się do przeganiania kierowców, którzy zatrzymali się przy wypadku. Nagle wszystko zaczęło iść im sprawniej i szybciej. Mnie grzecznie poprosili, żebym pojechał do komisariatu. To tylko 6 kilometrów. Tam będę mógł się umyć i doprowadzić do porządku, dostanę kawę i spokojnie podyktuję co trzeba do protokołu. Panią zapytali, czy czuje się na tyle dobrze, aby następnego dnia mogli podjechać do szpitala po jej zeznania. W szpitalu trzeba jej zrobić prześwietlenie i, jeżeli nie będzie żadnych komplikacji, założyć gips. Miała tam zostać parę dni na obserwacji, by sprawdzić czy nie ma żadnych obrażeń wewnętrznych. Zanim położyli ją na noszach, wymieniliśmy się wizytówkami. Podziwiałem jej opanowanie i tempo w jakim wyszła z szoku. Przeczytała moją wizytówkę i poprosiła, żebym po wizycie na posterunku przyjechał do szpitala. Kazała podać sobie torebkę. Sierżant powiedział, że musi ją zabrać na posterunek, aby spisać do protokołu jej zawartość. Myślałem, że kobieta z wściekłości zeskoczy z noszy i wystrzela go po gębie.

— A cóż cię to, patałachu, obchodzi, co ja mam w torebce? Kto ci pozwolił ją otwierać? Widzisz, chamie, ile tam jest pieniędzy? Wiem co do grosza i jeżeli będzie mi brakowała jedna złotówka, to możesz się pożegnać z milicją! Możesz sobie z tego czarnego etui wyjąć dokumenty i jeżeli jeszcze nie kapujesz, kto jest moim mężem, to pokaż je swojemu przełożonemu! Może on oświeci ci ten głupi łeb. Słuchaj, debilu! Jeżeli kapitan SB był moim osobistym kierowcą, to domyśl się kim może być mój stary.

Sierżant wyjął jej dowód, wyprężył się na baczność i zasalutował.

— Bbaardzooo!!! Przprzeepraszam! Ja tylko wezmę dowód i jutro przywiozę go do szpitala. Może byłoby lepiej, gdyby szanowna pani osobiście powiadomiła męża o wypadku.

— Nic z tego. Tak łatwo się nie wymigacie. Doskonale wiecie, że sami musicie natychmiast powiadomić Komendę Wojewódzką, a oni załatwią za was resztę.

c.d.n.

© Copyright by Janusz Gembalski, 2004



[ góra ]

e-czytelnia

[ powrót ] | [ góra ]

 


 


Na tej stronie wykorzystujemy ciasteczka (ang. cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystanie z naszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies, umieszcza je w pamięci Twojego urządzenia. Więcej informacji na temat plików cookies znajdziesz pod adresem http://wszystkoociasteczkach.pl/ lub w sekcji „Pomoc” w menu przeglądarki internetowej.