e-czytelnia™ Wydawnictwa „e media” = literatura w internecie

e-czytelnia ` e media` - Strona główna

wersja e-czytelni™ dla urządzeń mobilnych Przejdź do treści

Internetowa czytelnia dobrym miejscem na Twój debiut literacki

Facebook



Janusz GEMBALSKI: „Omen” — odcinek 3.  | pobierz free-booka » free-book ikona

Komentarze» Wersja mobilna»

Janusz Gembalski: Omen

Zanim rozpocząłem edukację szkolną posłano mnie na rok do przedszkola. Koleżanki całkowicie przestały mnie interesować, prawdopodobnie po mojej przygodzie w piwnicy, a koledzy byli zupełnie nieciekawi. Codziennie na zajęcia odprowadzała mnie babcia, a po południu do domu przyprowadzała służąca. Do przedszkola chodził także Staś, mój rówieśnik. Chociaż mieszkał w przedwojennej willi po przeciwnej stronie ulicy, odprowadzała go matka. Była jeszcze młodą, przystojną, świetnie ubraną, inteligentną i pachnącą damą. Codziennie spotykała się z moją babcią i często przegadywały kilkanaście minut. Staś był postrachem przedszkola. Całkowicie niesubordynowany, każde zadanie, prośbę czy rozkaz wykonywał na nie. Widziałem jak kiedyś z wściekłością rzucił się na wychowawczynię, walił ją pięściami po brzuchu, kopał po nogach i krzyczał coś po niemiecku. Po tym zdarzeniu przez kilka dni nie było go na zajęciach. Gdy Staś wrócił, chwalił się nam w ubikacji sinymi pręgami na pupie. Nad nadgarstkami pokazywał nam swoje, jak to nazywał, zegarki — ślady po krzyżowych uderzeniach trzcinką. Parę lat później dowiedziałem się, że był on adoptowanym dzieckiem niemieckim.

Pani Aleksandrze bardzo się podobało moje ułożenie, inteligencja i grzeczność, więc chciała, abym się przyjaźnił ze Stasiem i miał na niego dobry wpływ, o czym przekonała babcię. Przyszywany ojciec Stasia był bardzo dobrze sytuowanym lekarzem, ordynatorem miejscowego szpitala. Był znacznie starszy od swojej żony i miał dostojny wygląd, gdyż jako jeden z niewielu mężczyzn w ówczesnych czasach nosił krótką, zadbaną, siwą brodę. Powodziło im się bardzo dobrze, więc gdy zaproszono mnie do Stasia na urodziny czy imieniny, pani Aleksandra przysłała po mnie gosposię, która przyniosła z sobą dwa prezenty. Były to dwa identyczne, na pewno zagraniczne, samochodziki. Jeden miałem wręczyć solenizantowi, a drugi przeznaczony był dla mnie, aby mi nie było żal. U nich to po raz pierwszy w życiu zobaczyłem tak pięknie przybrany i zastawiony stół. Nie znałem nikogo z gości. Poza panem doktorem i panią Aleksandrą była jeszcze jakaś ciotka z dwiema córkami, starszymi od nas o pięć lub sześć lat, oraz dziwnie wyglądająca pani Roma. W tamtych czasach było nie do pomyślenia, aby kobieta chodziła w spodniach, a pani Roma miała na sobie bryczesy, buty z cholewami, męską koszulę z krawatem, włosy ostrzyżone po męsku i, jak się później okazało, jeździła na wielkim, poniemieckim motorze. Pani Roma miała niski, władczy głos i prawie się nie odzywała, lecz jeżeli brała udział w dyskusji, wszyscy milkli i cicho potakiwali. Do mamy Stasia mówiła: „Słuchaj, Olu…”, „Nie powinnaś tego robić, Olu…”, „Mam nadzieję, że to się już nie powtórzy, Olu…”, a pani Aleksandra potakiwała jak grzeczna dziewczynka.

Ja, Staś i jego kuzynki resztę przyjęcia spędziliśmy na zabawie w ogrodzie. Dziewczynki siedziały na ławce i plotkowały, a my goniliśmy się między krzakami róż, wdrapywali na płoty i dach altany. W różach niemiłosiernie podrapałem nogi, a na płocie podarłem swoje najlepsze krótkie spodnie. Pani Aleksandra jakoś doprowadziła mnie do porządku i wręczyła kopertę dla babci. Wieczorem, w domu, przez przypadek podsłuchałem jak babcia czytała mamie i ciotce list, w którym pani Aleksandra przepraszała za moje podarte spodnie i przysłała pieniądze na nowe. Nigdy tych nowych portek nie zobaczyłem, ale za to mój brat dostał nowe ubranie, a ja po nim za duże spodnie, które musiałem nosić na szelkach, żeby mi nie opadały.

Od tego czasu po zajęciach przedszkolnych pani Aleksandra zabierała mnie wraz ze Stasiem do siebie, a około piątej po południu gosposia odprowadzała mnie do domu. Zabawy ze Stasiem były dziwne. Najpierw mieliśmy czas wolny na gonitwy po ogrodzie, potem zajęcia z panią Aleksandrą. Polegały one na tym, że pokazywała nam encyklopedię Gutenberga, czytała, objaśniała interesujące nas obrazki lub przynosiła przepiękne kredki, którymi mogliśmy rysować do woli. To ostatnie zajmowało mnie najbardziej i szło mi bardzo dobrze, a pani Aleksandra zachwycała się moimi bazgrołami.

Do niektórych pomieszczeń w domu Stasia zabroniono nam wchodzić. Należał do nich gabinet pana doktora, sypialnia pani Aleksandry i pokój gościnny. W tym ostatnim pomieszkiwała pani Roma, gdy na kilka dni przyjeżdżała na motorze do miasta. Ponieważ zakazany owoc najbardziej nas nęcił, więc dokładnie poznaliśmy gabinet lekarski z przedziwnym fotelem i zawartość licznych szuflad z narzędziami. Nigdy jednak nie ośmieliliśmy się niczego dotknąć. Pokój gościnny był zawalony różnymi rzeczami pani Romy i można powiedzieć, że panował w nim potworny bałagan. Gosposia także miała zakaz wstępu do niego. Korzystając z nieładu, mogliśmy pogrzebać w rzeczach pani Romy i nie przejmować się, że ktoś to zauważy. Były tam prawdziwe skarby. Scyzoryki, duża, ostra finka w pochwie, srebrne papierośnice, przepiękne pudełko z cygarami, butelki z alkoholem, manierka, kieliszki, pasy wojskowe, skórzana pilotka, w jakiej się jeździło na motorze, i mnóstwo innych drobiazgów o nieznanym nam przeznaczeniu. Sypialnia pani Aleksandry była prawdziwym pałacem z ogromnym, wysokim łożem z różową narzutą i baldachimem. Stała w niej duża, biała toaletka z owalnym lustrem w złotej ramie, a na niej mnóstwo flaszeczek, słoików, perfum i grzebieni ułożonych w idealnym porządku. Był też rzeźbiony wieszak, na którym wisiały szlafroki i przezroczyste nocne koszule, wyglądające jak szaty bajkowych księżniczek. Moją uwagę najbardziej przyciągał ogromny obraz w szerokiej, złotej, rzeźbionej ramie, który przedstawiał nagą kobietę, siedzącą we wdzięcznej pozie na fotelu przy stoliczku z różami. Kobieta była przepiękna, z pełnym biustem i długimi blond włosami, które opadały w lokach na biust i zakrywały łono. Wprawdzie Staś twierdził, że to jego mama, ale ja uważałem, że kobieta na portrecie nie była do niej podobna.

Pewnego razu, kiedy u Stasia czułem się już dość swobodnie i byliśmy przekonani, że poza gosposią nikogo nie ma w domu, rozpoczęliśmy plądrowanie zakamarków. Jeszcze nigdy nie byliśmy na długim, wąskim balkonie, przebiegającym wzdłuż okien wysokiego parteru, gdyż prowadziły na niego drzwi z gabinetu, z sypialni pani domu i z kuchni. Wprawdzie kilka razy próbowaliśmy dostać się na balkon od kuchni, lecz drzwi zawsze były zamknięte. W kącie ogrodu, za altaną znaleźliśmy drabinę zbitą prowizorycznie z desek. We dwójkę udało się nam przystawić drabinę do balkonu i ja jako pierwszy wspiąłem się na górę. Jakoś udało mi się bezszelestnie przedostać przez skrzynki z pelargoniami, które stały na betonowej balustradzie i, gdy przytknąłem twarz do lekko uchylonego okna, zamarłem. Na brzegu łóżka siedziała lekko odchylona, oparta na rękach, całkiem naga pani Aleksandra. Głowę miała odrzuconą do tyłu i mocno podkurczone, rozchylone na boki nogi. Na podłodze przed nią klęczała, ubrana jedynie w buty z cholewami, pani Roma i wciskała głowę między jej uda. Roma poruszała głową w górę i w dół, a wyciągniętymi rękami miętosiła piersi Aleksandry. Roma była bardzo szczupła i pupę wypięła w moim kierunku tak, że pomiędzy jej chudymi udami zobaczyłem bardzo dużą, czarną kępę włosów.

Być może wszystko dobrze by się skończyło, gdyby Staś pakując się za mną na balkon, nie strącił przy tym pelargonii. Roma błyskawicznie skoczyła na równe nogi, odwróciła się w kierunku okna i pokazała swą nagość w całej okazałości. Wyglądała obrzydliwie: chuda i koścista z ogromnie obrośniętym podbrzuszem i maleńkimi workami obwisłych piesi. Mama Stasia przez moment siedziała z rozłożonymi nogami i z przerażeniem wpatrywała się we mnie. Potem poderwała się błyskawicznie, założyła szlafrok i zanim zdołałem się ruszyć, otwarła drzwi balkonowe i wciągnęła mnie do środka. Roma już była w koszuli i spodniach i pomagała wytransportować Stasia z balkonu. On nie widział nic. Pani Aleksandra dość mętnie tłumaczyła mi, że jest chora i Roma była tak łaskawa, żeby ją wymasować. Nie pozwoliła mi wyjść z pokoju, tylko postawiła do kąta. Ubierała się pośpiesznie dzięki czemu lepszego widoku niż ten, jaki oglądałem w lustrze nie mogłem sobie wymarzyć. Potem osobiście odprowadziła mnie do domu i dość długo konferowała z babcią. Wtedy to ostatni raz byłem u nich w domu i po raz ostatni widziałem Stasia. Od tamtej chwili pani Aleksandra stała się dla mnie wzorem doskonałości kobiecej.

We wrześniu posłano mnie do szkoły. Po udanym egzaminie wstępnym rozpocząłem naukę w szkole muzycznej. Miałem dobry słuch, a mama jako absolwentka konserwatorium miała ambicje, aby któreś z jej dzieci kontynuowało tradycje rodzinne. Niestety, jej zamierzenia wzięły w łeb. Do szkoły było daleko. Mama jeszcze przed rozpoczęciem pracy zaprowadzała mnie pod bramę szkoły, gdzie czekałem prawie godzinę na rozpoczęcie lekcji. Po lekcjach czekałem, aż mama będzie mogła wyskoczyć z pracy, aby wrócić tam ze mną na godzinę czy dwie. W biurze u niej odrabiałem lekcje, a po pracy mama znów prowadziła mnie do szkoły na lekcje fortepianu. Było to bardzo uciążliwe dla niej i męczące dla mnie. Poza tym w ciągu paru miesięcy zmieniano mi kilka razy nauczycielki muzyki. Do dziś pamiętam, że były to obmierzłe, straszne baby, których po prostu nie cierpiałem. Wieczorem w domu musiałem ćwiczyć gamy i pasaże już pod nadzorem mamy, która przez to kompletnie wyłączyła się z życia domowego. Szedłem do łóżka, gdy już zasypiałem z głową na klawiaturze. Na szczęście ta męczarnia trwała tylko rok. Mojego pitolenia przez całe wieczory miała dość rodzina, sąsiedzi, a najbardziej ja sam. W następnym roku poszedłem do normalnej szkoły, w której nauka stała się dla mnie przyjemnością. Polegała na tym, że po prostu się nie uczyłem i gdyby nie babcia, zmuszająca mnie, na szczęście w miły i zabawowy sposób, do nauki to moja edukacja skończyłaby się zbyt szybko.

W szkole nie miałem przyjaciół. Tak się złożyło, że wszyscy mieszkali w innej części miasta, więc nie mogło być żadnej kontynuacji znajomości poza lekcjami. Podwórko już mnie nie bawiło, więc większość czasu spędzałem w domu. Moje ulubione zajęcia to rysowanie, klejenie wycinankowych domków, które sam rysowałem na tekturkach z pudełek, oraz słuchanie opowiadań babci. Babcia miała talent do czytania i wprost połykała wypożyczane z biblioteki książki. Abym się nie nudził, czytała je na głos, więc w krótkim czasie jako mały chłopiec miałem zaliczoną „Trylogię”, kilka powieści Kraszewskiego, Rodziewiczównę, Reymonta itp.

W owym czasie pracowała u nas gosposia. Tosia pochodziła z małej, zabitej deskami, górskiej wioski, gdzie ciężko jej było wyżywić się wraz z liczną rodziną. Praca służącej w mieście była dla niej wielką atrakcją i awansem społecznym. Była drobną i raczej brzydką dziewczyną, z czerwoną twarzą, szopą kruczoczarnych, skręconych jak u Murzynki włosów, z których starała się splatać coś podobnego do warkocza. Była pojętna i dzięki babci stosunkowo szybko pozbyła się wiejskich wyrażeń i gwary. Wieczorami babcia z ciotką i mamą siadały w jadalni i cerowały skarpetki, łatały najczęściej moje portki, robiły swetry na drutach lub szydełkowały dyskutując przy tym, wspominając, plotkując i omawiając bieżące problemy rodzinne. Siostra uczyła się w swoim pokoju, brat najczęściej coś czytał, a ja nudziłem się. Szedłem więc do pokoiku Tosi, który przylegał do kuchni. Ciągle nie mogłem się pozbyć strachu przed ciemnością i przejście wieczorem przez dwa ciemne przedpokoje do kuchni było dla mnie wielkim przeżyciem. Otwierałem drzwi do jadalni i wołałem Tosię, która zapalała w kuchni światło. Dopiero wówczas pędziłem do niej na oślep. Pokoik Tosi, czyli służbówka, był maleńki i ciemny. Wąskie okienko wychodziło na szyb wentylacyjny, a poza łóżkiem i jedną szafą nie mieściło się tam już nic. Tosia gasiła światło, razem ze mną kładła się na wznak na łóżku i zaczynała opowiadać. Najczęściej mówiła o duchach, cmentarzach i wilkołakach, a ja, dygocąc ze strachu, przytulałem się do niej jak mogłem najbliżej. Nie wiem, czy miała tak dużo fantazji, czy też opowiadała zasłyszane w wiejskich chatach w długie, zimowe wieczory gromadzkie opowieści i legendy. Trzeba przyznać, że mogła być natchnieniem dla niejednego współczesnego scenarzysty amerykańskich horrorów. Leżąc koło niej i dygocząc ze strachu, bałem się pomyśleć o drodze powrotnej do pokoju i najczęściej Tosia musiała mnie tam prowadzić trzymając za rękę. Podczas opowiadania dziewczyna tak identyfikowała się emocjonalnie ze swymi historiami, że chyba sama w nie wierzyła, a strach dawał jej jakąś podnietę. Pewnego razu przyszedłem do niej tak późno, że leżała już pod kołdrą w nocnej koszuli. Najpierw położyłem się koło niej na pościeli, lecz podczas jakiejś straszliwej opowieści o wisielcu, który po pochówku wygrzebywał się z grobu, wsunąłem się pod kołdrę. W trakcie opowiadania trzymała mnie za rękę i zaczęła nią gładzić swoje gołe ciało. Najpierw namacalnie poznałem anatomię jej drobnego biustu. Miała bardzo jędrne, małe cycuszki z wielkimi jak pół mojego palca, twardymi sutkami. Po dłuższej chwili poczułem pod ręką kępkę kręconych, sztywnych loczków w kroczu, które gładziłem z przyjemnością. Później Tosia leciutko rozłożyła nogi, delikatnie wsuwając mój palec w wilgotną, śliską szparkę. W pewnym momencie skończywszy opowieść spostrzegła co robi. Wyskoczyła z łóżka, narzuciła na siebie stary szlafrok, porwała mnie za rękę i zaprowadziła pod drzwi pokoju. Od tego dnia przez cały miesiąc Tosia codziennie chodziła do spowiedzi na piątą rano. Przez ten czas unikała mnie, lecz później na nowo zaczęły się moje wizyty. Kazała mi przychodzić w takich spodenkach z dzianiny, które miały wszytą w pasie gumkę i kiedy już kończyło się głaskanie biustu, zsuwała mi porteczki wraz z majtkami do wysokości kolan i kładła mnie na sobie, wsuwając leciutko w szparkę mojego ptaszka. Ptaszek sterczał jak kołeczek, a ja odczuwałem zarówno wielkie podniecenie, jak i ból. Ani ja, ani ona nie wykonywaliśmy żadnych ruchów, tylko leżeliśmy spokojnie przytuleni jak para kochanków. Po pewnym czasie Tosia znów zaczęła chodzić do spowiedzi i moje wizyty samoistnie ustały.

Nigdy do tamtej pory specjalnie nie interesowałem się moim ptaszkiem, lecz widocznie wizyty u Tosi spowodowały, że zwróciłem na niego uwagę. Teraz zaczęło się długie przesiadywanie w ubikacji. Gdy tylko pomyślałem o damskiej nagości, pyrtek naprężał się. Był bardzo twardy z okropnie nabrzmiałą na końcu, małą gruszeczką, obciągniętą delikatną skórką. Kiedy sterczał, sama główka bardzo mnie bolała, więc dotykałem go delikatnie. Jakoś udało mi się namówić brata, aby mi pokazał swojego. Brat zdjął spodnie objął małego ręką i zaczął rytmicznie poruszać tam i z powrotem. Po chwili ptaszek mu urósł i spod skórki, która leciutko zsuwała się z członka, wyjrzała sinawa główka. Było to dla mnie zupełne zaskoczenie, gdyż ja takiej nie miałem. Pokazałem mu swojego ptaszka, a brat stwierdził, że widocznie mam zarośniętą główkę i muszę tę skórkę ściągnąć na siłę. Doprowadzenie go do odpowiedniego wyglądu kosztowało mnie kilka posiedzeń w ubikacji, mnóstwo bólu i troszkę krwi. Trenowałem usilnie i po pewnym czasie ból był coraz mniejszy, a przyjemność coraz większa. Od tego czasu przestałem się interesować kobietami, gdyż regularny onanizm całkowicie zaspokajał moje potrzeby seksualne. Chyba pod koniec dwunastego roku życia miałem pierwszy wytrysk, który spotęgował nie tylko odczucie przyjemności, ale też częstotliwość treningów.

c.d.n.

© Copyright by Janusz Gembalski, 2004



[ góra ]

e-czytelnia

[ powrót ] | [ góra ]

 


 


Na tej stronie wykorzystujemy ciasteczka (ang. cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystanie z naszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies, umieszcza je w pamięci Twojego urządzenia. Więcej informacji na temat plików cookies znajdziesz pod adresem http://wszystkoociasteczkach.pl/ lub w sekcji „Pomoc” w menu przeglądarki internetowej.