e-czytelnia™ Wydawnictwa „e media” = literatura w internecie

e-czytelnia ` e media` - Strona główna

wersja e-czytelni™ dla urządzeń mobilnych Przejdź do treści

Internetowa czytelnia dobrym miejscem na Twój debiut literacki

Bookmark and Share

Facebook



Krzysztof NEUS: „Sekcja legalnych morderców”

Komentarze» Wersja mobilna»

Pętla zaciskała się coraz mocniej. Mężczyzna siedzący za sterami samolotu usilnie próbował odciągnąć ją palcami od swojej szyi. Nie miał szans. Rzemień był cienki i mocny. Wrzynał się głęboko w ciało i na zewnątrz widać było tylko wąski, ledwo widoczny pasek. Twarz mężczyzny powoli nabrzmiewała i stawała się coraz bardziej czerwona, by kilka sekund później przejść w ciemny fiolet. Oczy zaszłe krwią coraz bardziej wychodziły z oczodołów, jakby nagle zapragnęły opuścić swoje przytulne i wygodne, stałe miejsce. Ze ściśniętego gardła nie wydobywał się żaden dźwięk. Nie miał prawa. Do wydania szeptu potrzebny jest choćby minimalny strumień powietrza, a to, zatrzymane w płucach i zatrute dwutlenkiem węgla, w żaden sposób nie mogło wydostać się na zewnątrz.

— Puść go, do cholery! — Nie wytrzymał człowiek siedzący na fotelu obok.

Cztery naszywki biegnące wokół rękawów jego lotniczego munduru nakazywały niekwestionowany respekt. Jednak na mężczyźnie, do którego przemówił nie robiły najmniejszego wrażenia.

— Zrób tak, jak ci powiedziałem. Niczego nie dotykaj. Podnieś się i stań grzecznie koło drzwi.

Kapitan jeszcze raz spojrzał na swojego drugiego pilota. I tym razem patrzył krótko. Nie lubił żebraczych spojrzeń, a oczy tamtego tylko tyle wyrażały.

Myśli skołowane nagłym zdarzeniem nie zdążyły się jeszcze pozbierać, by poddać analizie zaistniałą sytuację i podjąć jakąś, w miarę rozsądną, decyzję. Nie były przyzwyczajone do tempa komputerowego. Jedynie instynkt mógł kapitanowi pomóc, ale ten, tłamszony przez lata jednostajnym treningiem, leżał cicho gdzieś w zakamarkach mózgu i ani myślał w jakikolwiek sposób przypominać o swoim istnieniu. „Co mam robić, do cholery! Co robić?!” Powtarzał sobie co chwila i to jedno zdanie przewijało się przez jego głowę z mocą i regularnością uderzeń metalowego serca w spiżowy dzwon, gdy ileś tam setek kilometrów stąd, w jego rodzinnym miasteczku dzwonili na Anioł Pański. Sterroryzowany pistoletem przez Szczuplejszego nie śmiał przekręcić nawet śrubki, nie mówiąc już o uruchomieniu radiostacji pokładowej i wysłaniu jakiegokolwiek sygnału. O innych, bardziej bohaterskich czynach nawet nie marzył. Na nowego radiowca przestał liczyć prawie natychmiast. Pierwsze dźwięki, jakie usłyszał zanim zobaczył tamtych dwóch i wycelowaną w siebie broń, dotyczyły jego osoby. Najpierw przytłumiony stuk, potem jęk, a na końcu łoskot bezwładnie padającego ciała — to były właśnie te dźwięki. Jest niemożliwe, aby człowiek po uderzeniu kolbą w głowę w ciągu kilku sekund przyszedł do siebie i reagował na otoczenie całkiem normalnie. Toteż „Radio” odpoczywał zwinięty w kłębek pod pulpitem swojej aparatury i ani mu w głowie była zabawa w Jamesa Bonda. Kapitan nie miał więcej swoich ludzi w kabinie. Trudno mu było uwierzyć, aby mechanik, który wyszedł pięć minut temu, pojawił się nagle i zburzył ustalony przez tych dwóch scenariusz. Jedno uzmysłowił sobie bardzo szybko — „Drugi” nie nabrał powietrza na zapas, a to, które było w jego płucach na pewno nie nadawało się już do dalszego użytku. Pętla zarzucona błyskawicznie przez Grubasa zaciskała się powoli, lecz systematycznie. Stała się swego rodzaju niewidzialnym stoperem, który odliczał drogocenne sekundy z czasu dzielącego go od śmierci. Czas w takich sytuacjach pędzi jak oszalała lokomotywa, w której maszynista włączył pełny gaz, a sam wyskoczył w biegu.

„Nie mam wyboru. Muszę się zgodzić… I to szybko” — przebiegło kapitanowi przez głowę. Jeszcze raz spojrzał w prawo. Wzrok „Drugiego” dawno już przestał szukać ratunku. Wyrażał tylko przeogromny strach i ból nie mogących opróżnić się płuc. Zacisnął mocniej szczęki — wiedział, że przegrał.

— OK — rzekł tylko.

Lecieli na autopilocie. Maszynie nic złego nie mogło się stać. Jej było obojętne, kto ją prowadzi — człowiek czy automat — byle wszystko układało się zgodnie z normą. Odruchowo sprawdził wskazania przyrządów i zaczął podnosić się z fotela.

— Dobra, a teraz stań koło drzwi… I bez wygłupów — człowiek z pistoletem w ręce wskazywał mu kierunek — Pamiętaj, że zanim kula przedziurawi kabinę, najpierw rozbebeszy ci brzuch.

Dopiero teraz instynkt dał znać o sobie. Czuł przez skórę, że to nie żart. Z takim typem ludzi zetknął się po raz pierwszy w życiu. Prawdę powiedziawszy, do tej pory sądził, że istnieją oni jedynie w filmach sensacyjnych, komiksach i podobnych powieściach. Widocznie jednak zmaterializowali się, bo byli tu naprawdę. To nie szaleńcy o rozbieganych oczach, których byle szelest wyprowadza z równowagi, a zimni, wyrachowani ludzie, którzy doskonale wiedzieli po co tu przyszli. Nie wykonali żadnego gestu, nie rzucili żadnego spojrzenia, które nie miałyby logicznego uzasadnienia. Zachowywali się jak faceci z kieszeniami pełnymi zielonych banknotów w najlepszej restauracji: przyszli, zażyczyli sobie posiłek i czekali wiedząc, że to niemożliwe, aby ich zamówienie nie zostało zrealizowane. Byli zawodowcami w każdym calu i zapewne nie po raz pierwszy robili coś takiego. Tak mu się przynajmniej wydawało, więc bez oporów stanął koło drzwi.

— Puść go, Steve — znów odezwał się ten z pistoletem.

Olbrzym imieniem Steve albo nie dosłyszał, albo udawał głuchego. Z sadystycznym uśmiechem przylepionym do tłustej twarzy wciąż dociskał pętlę, pomagając sobie teraz kolanem opartym o tył fotela.

— Steve!

— Już… puszczam — cedził wolno Grubas, jakby chciał zyskać jeszcze ułamki sekund jemu tylko wiadomej satysfakcji.

Opuścił wreszcie wolno kolano i poluzował pętlę. Głowa drugiego pilota bezwładnie opadła na tył fotela. W miejscu na szyi, gdzie wrzynał się rzemień pokazała się krew. Nikt z obecnych nie był lekarzem, ale jedno spojrzenie na siną, nabrzmiałą twarz wystarczyło, by postawić właściwą diagnozę: „Drugi” był martwy.

„Radio” powoli dochodził do siebie. Po odzyskaniu przytomności rozejrzał się wokół. Uderzył go wyraz twarzy Grubasa. Po tym co zrobił nic ludzkiego w niej nie było, a przynajmniej on niczego takiego nie mógł się dopatrzyć. Z trudem dźwignął się z podłogi i stanął obok kapitana.

Oprawca spojrzał na swoją ofiarę, robiąc przy tym minę rozkapryszonego dzieciaka, któremu nie udał się głupi kawał i stwierdził:

— Szefie, chyba za mocno go przycisnąłem. Zdaje się, że duszyczka z niego wyparowała.

Po tym wyjaśnieniu rozejrzał się po kabinie i jakby trochę zdziwiony brakiem choćby imitacji uśmiechu, który — jego zdaniem — powinien pojawić się na twarzach pozostałych, chyba na pocieszenie dodał:

— Pójdzie do nieba. Z tej wysokości ma bliżej niż z ziemi.

Przez twarz mężczyzny nazywanego szefem przebiegł krótki, nerwowy trik. Nie odezwał się jednak ani słowem. Strzyknął tylko śliną przez zaciśnięte zęby i skinieniem głowy kazał dwóm pozostałym ludziom z załogi samolotu opuścić pomieszczenie. Za chwilę szczęk klucza w zamku oznajmił, że są zamknięci w niewielkiej klitce tuż pod kabiną pilotów.

cdn.

© Copyright by Krzysztof Neus, 2004



[ góra ]

Komentarze

Społeczność e-czytelni na Facebooku

Rekomendacje

e-czytelnia

[ powrót ] | [ góra ]

 


 


Na tej stronie wykorzystujemy ciasteczka (ang. cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystanie z naszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies, umieszcza je w pamięci Twojego urządzenia. Więcej informacji na temat plików cookies znajdziesz pod adresem http://wszystkoociasteczkach.pl/ lub w sekcji „Pomoc” w menu przeglądarki internetowej.