e-czytelnia™ Wydawnictwa „e media” = literatura w internecie

e-czytelnia ` e media` - Strona główna

wersja e-czytelni™ dla urządzeń mobilnych Przejdź do treści

Internetowa czytelnia dobrym miejscem na Twój debiut literacki

Facebook



Krzysztof NEUS: „Sekcja legalnych morderców” — odcinek 10.

Komentarze» Wersja mobilna»

— Nie. Ten się może przydać… Na razie — wydał wyrok MG i skierował się w głąb samolotu.

Kris popatrzył w ślad za nim. Coś takiego! Szczur darował mu życie! W świecie zwierząt rzadko się to zdarza. A może… to nie o to chodzi? Może chce się tylko pobawić — jak kot z myszą wiedząc, że i tak ofiara mu nie ucieknie? Może wyczytał w jego oczach dzikość i zostawił koniec na później? Kris spotkał już kiedyś takich ludzi.

— Idź i załatw kapitana. W tym stanie i tak jest do niczego — krzyknął Szczur z wnętrza samolotu.

Kris potraktowałby to może bardziej jako samarytański uczynek niż morderstwo, gdyby nie uśmiech, sadystyczny, obleśny uśmiech Grubasa. Po chwili dwa strzały oznajmiły, że kapitan Juan Francisco del Castillo Maldonaro zakończył swój ostatni lot.

Abe spojrzał za siebie. McGregor zatrzymał się właśnie, wyciągnął z podanej mu wcześniej przez Bobiego torby mały pakunek i plastrem lekarskim przyczepił go do ścianki kadłuba. Odszedł z pięć kroków i wyciągnął następny.

— No, na co czekasz! Skacz! — ponaglił go MG czując na sobie jego wzrok.

Kris posłusznie skoczył i za chwilę pomocnie dłonie wciągnęły go mokrego na pokład. Znalazł się w drugiej barce. Pierwsza, przepełniona powoli odpływała kierując się w górę rzeki. Otrząsnął się jak przemoczony pies i usiadł na pokładzie opierając się plecami o ściankę nadbudówki. Słońce coraz bardziej dawało znać o potędze swoich promieni, toteż nie czuł zimna. Raczej z przyzwyczajenia niż z ciekawości obleciał wzrokiem pobliski teren.

Znajdowali się około trzystu metrów od lasu podzwrotnikowego, który jednolitą ścianą porastał brzeg rzeki. Nurt był spokojny, prawie leniwy. Ogromne masy wody o jasnobrunatnym zabarwieniu milcząco toczyły się na niższe poziomy. Wyczytał kiedyś w jakiejś gazecie, że rzeki w Amazonii można rozpoznać po barwach ich wód. Tylko jakiej nazwie odpowiada kolor jasnobrunatny? Nie miał pojęcia, w którym miejscu wodowali — na Amazonce, czy na którymś z jej wielkich dopływów. Sądził jednak, że w grę wchodziło raczej to drugie — a jeśli już na królewskiej rzece to daleko powyżej Manaus, gdyż do stolicy Amazonii, leżącej przecież w środku kontynentu, dochodziły pełnomorskie pięciotysięczniki, a tych na pewno tu nie było.

Przestał patrzeć przed siebie. Wzrok oparł na jedynej nadbudówce, jaka znajdowała się powyżej linii wody. Sterówka, długa na cztery i wysoka na dwa metry, miała jeszcze na górze dodatkowy reling, ogradzając niby drugi pokład licząc od poziomu wody. Spróbował nazwać to „coś” na czym płynęli, określić typ sylwetki, rodzaj jednostki, przeznaczenie — kiedyś był w tym dobry. Jeszcze w przytułku budował fajne stateczki, a umiejętność określania rodzaju okrętu stanowiła przecież modelarskie abecadło. Tu jednak nic konkretnego, a przede wszystkim jednoznacznego, nie przychodziło mu do głowy. „Toto” było czymś pośrednim między holownikiem rzecznym, barką, a małym parowcem kursującym po przybrzeżnych wodach. Chociaż nie, parowiec odpadał. Słyszał cichy pomruk dieslowskiego silnika, który utrzymywał ich w jednym miejscu na rzece względem rozbitego samolotu. To „cudo” zbudować musieli tutaj, bo podobnego w całym świecie nie widział.

Steve z McGregorem właśnie skończyli. Stanęli w otwartych drzwiach i patrzyli na przepływajacą obok nich wodę. Ogon samolotu znów poszedł w górę i teraz od nurtu rzeki dzieliły ich już z cztery metry.

— Twoja kolej, Steve — jak na wodza przystało MG postanowił zejść z pokładu ostatni.

— Zaraz.

Grubas najwidoczniej bał się skoczyć. Światło w samolocie dawno już wysiadło, toteż jego sylwetka wyraźnie rysowała się na ciemnym prostokącie otwartych drzwi. O ile skojarzenia z McGregorem musiał Kris dosyć długo szukać w świecie zwierząt, o tyle przyrównanie postaci Stevea nie przedstawiało żadnych problemów ani wątpliwości: Hipopotam! — nic innego być nie mogło. Zwały tłuszczu były wszędzie, różniły się od siebie tylko grubością. Był o głowę wyższy od McGregora i bardziej sprawiał wrażenie wyliniałego, przebranego w ludzkie ciuchy i stojącego na dwóch łapach goryla, niż postać nazywaną przez uczonych homo-sapiens.

— Fruwaj, do cholery! — ponaglił Szczur.

— No… zaraz…

McGregorowi znudziło się czekanie. Wziął przykład z niego. Wyczekał aż Steve na moment oderwał jedną rękę od framugi drzwi i pchnął go do przodu. Głośny  ryk rozległ się w powietrzu i zaraz umilkł przerwany pluskiem wody. Grubas wylądował metr od burty, a wielka fontanna opryskała najbliżej stojących.

— Ma wagę, co? — ocenił jeden z pomagierów od wciągania na pokład.

— Taki to chyba w ogóle nie tonie — dodał drugi.

— Ee… zobacz! Ta gruba beka zanurza się! Niech to diabli, on nie umie pływać!

— A ja myślałem, że tłuszcz i oliwa zawsze na wierzch wypływa — śmiali się obaj, jakby tonący olbrzym mało ich obchodził.

To, co robił Steve rzeczywiście trudno było nazwać pływaniem. Rozpaczliwie wymachiwał ramionami i próbował uchwycić wystającą krawędź burty, ale z zamkniętymi oczami trudno mu było to zrobić. Na dodatek jego głowa co chwila znajdowała się poniżej poziomu wody.

— Otwórz oczy, baranie! Oczy! — krzyczeli na zmianę pomagierzy.

Do Grubasa jednak nic nie docierało. Dalej bezradnie próbował zahaczyć o coś wielkimi łapskami, ale te ślizgały się tylko po mokrej burcie nie mogąc natrafić na należyte oparcie. Wreszcie jeden z pomagierów wpadł na sposób. Wychylił się do połowy za burtę, wyczekał odpowiedni moment i chwycił go za rękę. Steve przestał się rytmicznie zanurzać. Otworzył wreszcie oczy szybko łapiąc powietrze.

— No, dawaj do góry! Złap za ten uchwyt i jazda! — komenderował pomagier. — Tylko na Boga oczy miej otwarte!

Grubas skwapliwie wykonał polecenie i… za chwilę obaj byli w wodzie. Ogromna góra mięsa przeważyła opór na pozór tęgiego fachowca od wciągania. Wreszcie przy pomocy trzech ludzi i upływie kilku minut Steve znalazł się na pokładzie. McGregor siedział w tym czasie na progu drzwi samolotu i beztrosko kołysał nogami zwisającymi na zewnątrz.

— Przecież mówiłeś, że umiesz pływać!

— Widocznie zapomniałem — odburknął Steve wypluwając kolejną porcję wody.

W ogólnym zamieszaniu nikt na barce nie zauważył małej, czarnej czupryny, która powoli zaczęła się od niej oddalać ku brzegowi. Nikt na barce, bo McGregor siedzący do tej pory na progu drzwi — tak.

— Hej, ty tam! Dokąd to?… Wracaj! — krzyknął za nim.

Posiadacz czarnej czupryny zaczął szybciej przebierać rękami i ani myślał zawracać. Obejrzał się tylko za siebie i dalej płynął w kierunku brzegu.

— Widać on pierwszy ma dość tego towarzystwa — szepnął do siebie Kris — i chyba nie jedyny.

MG krzyczał dalej i mógłby tak krzyczeć do końca świata, gdyby nie okrzyki ludzi z barki:

— Jakare, jakare!

Czarna czupryna przystanęła, spojrzała przed siebie i zrozumiała. Już bez nawoływań McGregora jak szalona zaczęła płynąć z powrotem. Czterometrowy kajman był bardziej przekonywującym argumentem niż ryki jakiegoś faceta. Do tej pory wylegiwał się na brzegu, ale widocznie smakowało mu ludzkie mięso, bo plusnął w wodę i zaczął płynąć w kierunku człowieka.

Grubasowi bardzo szybko całkiem przeszło. Już na pierwszy okrzyk McGregora zareagował właściwie. Pozbierał się szybko i pobiegł do sterówki. Teraz wrócił trzymając w rękach porządny karabin z długą lufą i z zamontowanym na nim celownikiem optycznym. Steve nie bawił się w długie celowanie. Kajman właśnie dopływał. Przystawił kolbę do policzka i ze złowieszczym uśmieszkiem nacisnął na spust. Rozległ się suchy trzask i ku zdziwieniu wszystkich czarna czupryna zniknęła pod powierzchnią wody. Krokodyl zanurzył się również.

— Jak on mógł nie trafić?! — odezwał się zdziwiony głos z boku.

Kris również się zdziwił. Coś niecoś wiedział na ten temat i dlatego jego zaskoczenie było o wiele większe. Wiedział na przykład, że te karabiny produkowane są na bazie zwykłych, standardowych. Przed opuszczenie fabryki każdy egzemplarz jest przestrzeliwany i spośród tysięcy podobnych, znajduje się jeden, którego celność jest znacznie większa od innych. Te właśnie przerabia się na takie cuda jak to. Wyposażane są w celowniki optyczne, tłumiki płomienia, noktowizory i tak dalej. Przy serii pięciu strzałów ze stu metrów, rozrzut nie powinien być większy jak 15-20 milimetrów! Steve powinien trafić nie w krokodyla — ale w jego oko!

— Który następny? — spytał cicho Steve.

Kris zrozumiał natychmiast. Ten skurczybyk wcale nie celował do kajmana! Pozostali również w mig pojęli o co chodzi. Ostatnie śmiechy związane z kąpielą  grubasa umilkły natychmiast. Nawet obaj pomagierzy od wciągania mieli niepewne miny, nie mówiąc o reszcie. Steve odzyskał nadwerężoną reputację… i to z nawiązką.

Ale dla McGregora było tego za wiele. Kłąb drutu wylądował na pokładzie i potoczył się w stronę dziobu. Jego drugi koniec ginął gdzieś we wnętrzu samolotu. MG rozejrzał się po raz ostatni po opuszczonym kadłubie, odbił mocno od progu i poleciał w dół. Za piętnaście sekund był przy Steve.

— Co robisz, ty kretyński idioto!

— Przecież i tak by nie zdążył. Kajman był szybszy — udawał naiwnego Grubas.

— To trzeba było strzelać do kajmana! — ryczał przy wszystkich MG.

— Właśnie to robiłem. Niestety, widocznie z celownikiem coś nie tak — odburknął zrozumiale Grubas.

— Chodź no tu — MG chwycił go za rękaw i pociągnął za sobą. — Takie numery to wywijaj innym, a nie mnie.

Ominęli siedzącego na pokładzie Krisa, weszli do sterówki i zamknęli za sobą drzwi. Abe nie lubił podsłuchiwać, ale ścianka była zbyt cienka i ich słowa płynęły do niego same.

— Te celowniki to… to… zostaw tamtym — jąkał się ze złości McGregor, gdy byli już w środku. — Mnie na to nie nabierzesz. Z tej odległości i ślepy by trafił!

— Szefie, po co ta gadka. Jeden więcej, jeden mniej… i tak wszyscy…

— Ale później — przerwał mu MG ściszonym głosem. — Na razie masz na sumieniu czterech. To ci powinno na jakiś czas wystarczyć.

— Wystarczy, wystarczy — odburknął Steve —… na razie.

— Chcesz, żeby przejrzeli grę i powyrzucali nas za burtę? — perswadował dalej MG. — Zobacz ilu ich jest! Jak się wściekną to nawet święta Panienka nie pomoże. Chcesz wpław płynąć do Manaus? To płyń, tylko pomyśl najpierw o krokodylach. Niejeden ucieszy się na twój widok!

— Dobra, już dobra — udawał skruchę Steve.

— Wcale nie dobra! Niech dotrze wreszcie do twej zakutej łepetyny, że nie wolno nam się niepotrzebnie narażać! Zbyt wiele jest do stracenia. Wykręć mi jeszcze jeden taki numer to…

Dziwne, ale Grubas wcale nie reagował na wyzwiska. Inny już dawno zbierałby swoje zęby po pokładzie, a McGregorowi uchodziło wszystko na sucho. Był chyba jedynym realnym człowiekiem w dorzeczu Amazonki, przed którym Grubas czuł autentyczny respekt.

— Nie mamy znów ich tak dużo — podjął już nieco udobruchanym tonem MG. — Chyba, że twoje szlachetne rączki zaczną zapieprzać zamiast nich. Dobrze będzie jak połowa przeżyje.

Steve spojrzał na niego pytająco.

— Zanim skończymy robotę… ma się rozumieć — zakończył dyskusję McGregor.

Kris dalej siedział na pokładzie oparty plecami o ścianę sterówki. Ostatnie złudzenia rozwiały się w nim jak poranne mgły. Po tym, co zobaczył i usłyszał miał już pewność. Tym ludziom pieszczoty były zupełnie obce. Czwarty raz w ciągu paru godzin uświadomił sobie, że jeden z nich ma więcej cech zwierzęcych niż ludzkich — a i zwierzęta rzadko zabijają bez powodu, dla samej tylko satysfakcji. Gruby Steve to robił, a co najdziwniejsze — lubił! Kris obiecał sobie, że wcześniej czy później dopadnie tego zbira i prędzej sam będzie gryźć ziemię niż puści mu to płazem. Za potomka rasy ludzkiej przestał go już uważać — to dzika, nienasycona bestia, a dzikie bestie trzeba po prostu zabijać.

Byli już w sporej odległości od tonącego samolotu, gdy McGregor kazał się zatrzymać.

— Dobra, wystarczy. Pluskwa… odpalaj!

Mały mężczyzna o pałąkowatych nogach odszedł powoli od burty stateczku. Dwa końce przewodu, który do tej pory wypuszczał w wodę, zamocował ostrożnie na zaciskach małej, żółtej skrzynki. Potem spojrzał przed siebie, kiwnął głową i przekręcił zapalnik. Doleciał do nich głuchy, stłumiony huk. Samolot podniósł się, jakby jeszcze raz zapragnął ulecieć w powietrze, trwał w tym stanie przez moment, a potem rozpadł się na części. Skrzydła, ogon, usterzenie, strzępy boków z ziejącymi otworami po szybach — wszystko to wyprysło gwałtownie do góry, by po chwili już łagodniej opaść w dół i pogrążyć się w nurtach wielkiej rzeki.

— No, to tę część mamy z głowy. Nawet najbardziej bystry lotnik nie wypatrzy teraz z góry zatopionego samolotu. Mogą nas pocałować! — podsumował McGregor.

Lustro wody wypogodziło się szybko i już po chwili nic nie świadczyło o tym, że na jego powierzchni wodował wielki samolot. Rzeka na dobre wróciła do codzienności przyjmując do swego wnętrza i ten nietypowy prezent.

cdn.

© Copyright by Krzysztof Neus, 2004



[ góra ]

e-czytelnia

[ powrót ] | [ góra ]

 


 


Na tej stronie wykorzystujemy ciasteczka (ang. cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystanie z naszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies, umieszcza je w pamięci Twojego urządzenia. Więcej informacji na temat plików cookies znajdziesz pod adresem http://wszystkoociasteczkach.pl/ lub w sekcji „Pomoc” w menu przeglądarki internetowej.