e-czytelnia™ Wydawnictwa „e media” = literatura w internecie

e-czytelnia ` e media` - Strona główna

wersja e-czytelni™ dla urządzeń mobilnych Przejdź do treści

Internetowa czytelnia dobrym miejscem na Twój debiut literacki

Bookmark and Share

Facebook



Stojan Valev: `Czas na zdrady` — Seks przed śniadaniem

Komentarze» Wersja mobilna»

SEKS PRZED ŚNIADANIEM

SEKS PRZED ŚNIADANIEM

„Rozmaite bzdury piszą dzisiaj w gazetach” — oburzył się Todor, gdy Geri przeczytała mu głośno artykulik. Twierdzono w nim, że uczeni ustalili definitywnie i nieomylnie — najpewniejszą receptą na długowieczność i żelazne zdrowie jest seks przed śniadaniem.

Todor pomruczał z niezadowoleniem, wkładając buty i wkrótce słychać było gniewny warkot jego forda.

Geri roześmiała się dźwięcznie. Tak śmieją się kobiety, którym przed oczami majaczy coś pięknego, coś, co jeszcze nie ma nazwy, jest niewidzialne, ale na pewno nadejdzie. I zawsze przychodzi tylko do tych, które wierzą, że to się stanie.

— Będę biegała co rano — oświadczyła Geri wieczorem w sypialni.

— A chodź i na rękach, jak chcesz! — mruknął Todor, znużony domem wariatów w dużej firmie, którą kierował, odwrócił się do ściany i zachrapał.

Punktualnie o piątej rano Geri otworzyła oczy. Włożyła przygotowany wcześniej dres, zupełnie nowe adidasy i wybiegła z domu. Rozwarła się przed nią pustka ulicy. Pobiegła w stronę parku.

— Hej, żołnierzyku, dokąd to? — usłyszała niespodziewanie za sobą męski głos i odwróciła się. Był to sprzedawca z kiosku z gazetami.

— Chodź ze mną! — rzuciła mu prowokacyjnie, nie zatrzymując się.

— Kiedy indziej... — mruknął sprzedawca, wpatrzony w nią.

Geri biegła sprintem po alei i wkrótce się zadyszała, zwolniła tempo, było to podobne do biegu za tramwajem. Kiedy wracała, ociekająca potem, znów pobiegła z wyzywającą lekkością, ale zatrzymała się przed kioskiem z gazetami. Wzięła jedną i wtedy przypomniała sobie, że nie ma z sobą pieniędzy. Zamierzała ją zwrócić.

— Weź. Zapłacisz kiedy indziej — powstrzymał ją sprzedawca.

Oparła się o ladę i przyjrzała się mężczyźnie stojącemu przed nią — miał około czterdziestki i grube, wysmagane wiatrami rysy twarzy.

— A może byśmy się poznali? — zaproponował z uśmiechem. — Jestem Kosjo Boew, kapitan rezerwy. Wywalili mnie z armii. Ciągle myśleliśmy, jak zwyciężyć NATO, a ono, zamiast wojować z nami, po prostu wykreśliło nas ze stanu osobowego. Zdobyli ministerstwo wojny zamiast kraju... Czy pojmujesz tę taktykę, żołnierzyku?

Skinęła głową ze zrozumieniem — w armii bezrobotnych były całe pułki wojskowych, których NATO wzięło jak swoich bez jednego wystrzału.

Co rano przechodziła obok Kosja i śmiało wołała do niego:

— Chodź ze mną, kapitanie!

Kosjo kiwał głową — czy ją pozdrawiał, czy nie zgadzał się — nigdy tego nie zrozumiała.

Ale pewnego ranka pobiegł za nią, dogonił ją i zdumiona zobaczyła, że włożył na siebie dres i sportową koszulkę.

— Biegiem, żołnierzyku! — zakomenderował surowo kapitan rezerwy.

Narzucił tempo, któremu nie sposób było sprostać — ale zaciskała zęby, biegła, póki nie runęła bezsilnie na trawę obok drewnianego dziecięcego domku w parku. Upadł obok niej i jego ręce schwyciły ją, spróbowała się bronić, poturlali się — zdyszani, zaskoczeni, rozbawieni... Zabawa niedostrzegalnie przeszła w krótki pojedynek seksualny, który odbył się niezgodnie z wojskowymi standardami. Nie było zwycięzcy, ponieważ oboje byli zadowoleni i szczęśliwi z powodu niespodziewanej przygody. Drewniany domek okazał się idealnym schronem.

— Tak się powinno wojować, kapitanie! — Geri pogłaskała go po twarzy.

— Rozkaz, generale! — zasalutował, leżąc.

Już co rano biegali razem i zawsze dobiegali do drewnianego domku w parku, gdzie ona teatralnie osuwała się na ziemię, a on padał obok niej — by ją ratować pocałunkami i pieszczotami. Nie wiadomo kiedy znajdowali się w domku i następował krótki pojedynek, a zwycięzcy — według wojskowych standardów — wciąż nie było. Obydwie armie wycofywały się z pola bitwy z samopoczuciem zwycięzców. Kosjo stawał na swoim posterunku przy kiosku i zręcznie podawał gazety spieszącym się przechodniom.

Geri wracała do domu zdyszana, szczęśliwa i wsuwała się pod chłodne strumienie prysznica. Przygotowywała śniadanie i dopiero wtedy Todor, stękając, opadał na krzesło w maleńkiej kuchence. Na stole zawsze czekała na niego starannie złożona gazeta.

— To dobrze, że biegasz rankami — uśmiechał się krzywo.

— Dlaczego?

— Kupujesz mi gazetę.

— A seks przed śniadaniem? — mrugała do niego.

— Dość tych bzdur — czego to nie piszą w tych cholernych gazetach... — odpowiadał jej Todor z pełnymi ustami i chciwie rozkładał strony gazety.

— I tak umrę, z otwartymi oczami — kiwała smutno głową z palcami opartymi o stół — i nie spełnię swojego marzenia o uprawianiu seksu przed śniadaniem...

Ale on, pochłonięty gazetą i jedzeniem, nie słyszał ani jej głosu, ani tajemnych sygnałów zachwytu, które płynęły jak dźwięk dzwonków z ciała szczęśliwej kobiety.

przekład Bogumiła Benda

© Copyright by Stojan Valev, 2004
© Copyright for translation into Polish by Bogumiła Benda



[ góra ]

Komentarze

Społeczność e-czytelni na Facebooku

Rekomendacje

e-czytelnia

[ powrót ] | [ góra ]

 


 


Na tej stronie wykorzystujemy ciasteczka (ang. cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystanie z naszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies, umieszcza je w pamięci Twojego urządzenia. Więcej informacji na temat plików cookies znajdziesz pod adresem http://wszystkoociasteczkach.pl/ lub w sekcji „Pomoc” w menu przeglądarki internetowej.