e-czytelnia™ Wydawnictwa „e media” = literatura w internecie

e-czytelnia ` e media` - Strona główna

wersja e-czytelni™ dla urządzeń mobilnych Przejdź do treści

Internetowa czytelnia dobrym miejscem na Twój debiut literacki

Bookmark and Share

Facebook



Stojan Valev: opowiadania bułgarskie
z cyklu: `Bułgarski Dekameron` —

Komentarze» Wersja mobilna»

IRINA I KRUCYFIKS

I takie kobiety bywały na bułgarskiej ziemi — wierne swoim mężom.

Można w to wierzyć albo nie, można się wstydzić albo nie, ale bywały, hej!

Nie to, żeby takich osób było Bóg wie ile, ale zawsze się znajdą.

Taką kobietą była Irina.

Jej mąż był malarzem ikon.

Tworzenie ikon w dalekich, pradawnych czasach oznaczało, że poza wszystkim innym trzeba było być także wędrowcem z ducha, bez domu, bez najmniejszego bodaj majątku. Jedynie człowiekowi ze stosownym charakterem udawało się malowanie świętych scen.

A takim osobliwym człowiekiem był Charałambi — najhojniej obdarzonym przez Boga artystą, sławnym malarzem ikon i srogim pijakiem–wesołkiem.

Dobrze sobie żyli ze swoją żoną Iriną, jedli, co było, opróżniali szklanice do dna, a i kochali się nader często, weselili się bez ustanku, chociaż wędrowali bez przerwy, jak ziemia bułgarska długa i szeroka, a wtedy była ona nieobjęta — od Dunaju aż do mórz — Białego, Czarnego i Egejskiego.

A ten pioruński Charałambi tworzył takie oblicza świętych pańskich, że baby rzewnie płakały ze strachu, grozy i jednocześnie niezmiernej rozkoszy. Władykowie pokazywali palcami malarza i dobitnie mówili, że tam, na górze, wszystkie jego grzechy już są w całości przebaczone. I Charałambi znowu bezczelnie gromadził je z nowymi siłami, nie czując wcale strachu ani nawet najmniejszego zmęczenia.

Charałambi i Irina, dwa wolne ptaki, żyli jak Cyganie. Tak w swojej niestrudzonej, nieustannej włóczędze po miastach, miasteczkach, po klasztorach trafili do naszej wsi, która, o czym po­wszechnie wiadomo, jest najpiękniejsza w tych stronach.

Dopiero co postawiliśmy sobie cerkiew na miejscu starej, rozwalonej, wkopanej w ziemię, i jednogłośnie postanowiliśmy — niech ikony w niej wymaluje słynny w całym naszym prawosław­nym świecie wielki mistrz Charałambi. Nawet pieniądze pozbieraliśmy bez zwykłych u nas kłótni, awantur i zwad.

I stało się tak — w myślach uznałem ten przypadek za wielce symboliczny — że najwięcej grosza dał największy grzesznik spośród nas — skąpiec, rozpustnik, krwiopijca, męczydusza obrzydły i lichwiarz srogi, Alipi. Ale czyż nie jest tak ze wszystkimi naszymi wspólnymi sprawami — że są tworzone za pieniądze łajdaków? I czyż nie dlatego każde wspólne dzieło raczej nas, Bułgarów, rozdziela niż łączy?

Jak było, tak było, machnęliśmy ręką — zawsze to pieniądze, trzeba ich używać i obrócić je na pożytek słusznej sprawy, naszej świętej wiary prawosławnej!

Przybył Charałambi przedstawić się nam — jego cielesny wygląd nie wyróżniał się żadnymi Bóg wie jakimi szczególnymi znakami.

Młody był, ale jego włosy były już mocno posrebrzone, a też i dobrze przerzedzone — to musi być od nieporządnego życia, powiedziałem i zachowałem to w pamięci.

A jego ręce — Jezu! — chociaż taki młody, ale jak już się trzęsą!

I nie raczył on ucałować nas, najpierwszych gospodarzy, w rękę, o nie! Nawet się nam nie ukłonił, jak przystało — patrzył na nas z pogardą spode łba, jakby był nie wiem kim, hołysz jeden!

A palił jak smok! Kogoś takiego nawet na nauczyciela nigdy byśmy nie chcieli!

Ale tu szło o malarza ikon! Przetrzymamy go! Niech co prędzej wymaluje ściany w cerkwi i niech się wynosi! Oby ktoś taki trzymał się jak najdalej od nas! Wiadoma to rzecz — obraz zostaje, a kim był ten, co go tworzył, to szybko się, wiecie, zapomina. Podłe to trochę, ale niestety tak jest! I musimy to mieć na względzie, dlatego też wytrzymujemy z takimi ludźmi jak Charałambi!

Zacisnęliśmy pięści, dostał malarz połowę pieniędzy w zadatku i wnet poszedł w diabły. Niektó­rzy lękliwie powątpiewali, choć i półgębkiem, że może już się nigdy więcej nie pokaże... Przyznam się, że i mnie to ruszyło, przecież widziałem, że to wielkie nicpotem!

Ale po dwóch dniach Charałambi przybył, zataczał się w biały dzień, a za nim stąpał i ledwo się wlókł chuderlawy osioł, ponad miarę obciążony sakwami. Prowadziła go za cugle jego żona Irina.

Cóż tu o niej powiedzieć?

Kobieta.

To zupełnie wyczerpuje rzecz. Są kobiety, których nijak się nie da opisać — wszystko w nich jest stworzone tylko do miłości!

Wszystkim chłopom oczy na wierzch wyszły — czy młody, czy stary, a najwięcej się w nią wpatrywał nasz ojczulek duchowny, Todor. Od razu poznałem, że pop się nie powstrzyma i na pewno sięgnie po Irinę.

Nasz pop miał złą sławę: skoro mu się spodobała jakaś kobieta, to niech się dzieje, co chce — musiał ją sobie zjednać i ją mieć. Myślę sobie: ta Irina też mu się nie wyśliźnie, bo pop Todor, mó­wię wam przecież, za nic nie darował.

Jeśli sobie upodobał kobietę, to lepiej było dla niej, żeby od razu się położyła. Ale jak to będzie teraz — z Iriną — przy takim pomylonym i zwariowanym mężu jak Charałambi, nie miałem w ogóle pojęcia, powiem wam szczerze...

Charałambi to był wszak bez wątpienia wariat, widać było, od razu się dało po nim poznać. Ale i ojczulek mu nie ustępował, bo był sprytny i obłudny, podstępny i skryty, przezorny i domyślny. Nie daj Boże mieć takiego za wroga!

Przy samej cerkwi mieliśmy wtedy małą przybudówkę, przygotowaliśmy ją dla duchownego, gdyby to nie był człowiek stąd. Ale skoro popem został Todor, a był on z naszej wsi, zamknęliśmy ją na klucz i tak sobie stała pusta. Teraz ją powierzyliśmy malarzowi ikon Charałambiemu i jego żonie Irinie, by się tam schronili, póki będzie malował.

Z początku pop Todor spróbował nawet pouczać malarza, co i jak ma zrobić, ale Charałambi tak dziko mu się odszczeknął, że pop zaplątał się nogami w poły sutanny, chciał żywo pobiec i rozciągnął się na podłodze cerkwi jak długi. A Charałambi, niby to niechcący, chlusnął mu na głowę jakimś tam swoim odwarem — niebiesko-czarnym! Pop doczołgał się do progu świątyni i kiedy tam stanął na nogi, obejrzał się i dopiero dał drapaka. Zakasał wielebny poły aż do szyi! Więcej już nie próbował pop Todor uczyć rozumu szalonego malarza ikon.

Ale nie przegapiał okazji, by się kręcić koło Iriny.

I wszyscy wstrzymaliśmy dech — znaczy, stanie się, co się ma stać, zaczęły się łowy. Pop prze­cież sięgnie po nią, nie może to być, żeby tego nie zrobił, a Irina będzie musiała wybierać — albo mu się oddać jak każda inna kobieta, albo opowiedzieć o tym swojemu mężowi, Charałambiemu, a ten — srogi gwałtownik na dziewięć wsi.

I co wtedy będzie?

Pop dostanie tym razem to, na co zasłużył! A niech tam.

A oto, jak się rzecz ta stała; dopiero gdy się wszystko skończyło, dowiedzieliśmy się, jak to było. Tę historię opowiadała nam sama Irina, a my pękaliśmy ze śmiechu i rechotaliśmy. Zwijali­śmy się, turlaliśmy po ziemi, nie mogliśmy złapać tchu, błagaliśmy ją o litość, a ona mówiła i mówiła...

Pop bardzo regularnie krążył wokół Iriny i ocierał się o nią jak głodny kocur. Dzień, drugi, ciągle na nią patrzył, wzdychał, oblizywał się, dawał znaków tysiące, jeden wyraźniejszy od drugiego.

I pewnego dnia zapragnął wyznać jej swoje chęci prostymi i jasnymi słowami.

Irina rzekła mu z kobiecym zawstydzeniem, że mu nie odmówi. Ale sama zdecyduje, kiedy go obdarzy swoimi łaskami. Ale to będzie wkrótce.

Pop jakby pofrunął, dał drapaka w stronę placu!

Wleciał do karczmy, potem sobie przypomniałem, i fundował nam wszystkim po kolei, i tak cały wieczór! Zwariowalibyśmy od tak ostrego picia, bo Bułgara nic nie wstrzyma, kiedy darmo dają.

Ponoć na drugi dzień wcześnie rano zerwały się nasze żony i zwoziły nas furmankami i wozami zaprzężonymi w woły z ulic, spod płotów; gdzie który padł, tam już i został. Mnie moja Weliczka znalazła przy samym źródle, musiało mnie palić okrutne pragnienie, żem się znalazł akurat tam. I tak żony troskliwie nas pozbierały i cierpliwie rozwiozły nas po domach, położyły nas spać, choć syczały jak żmije i przeklinały nas, jakbyśmy byli wyrzutkami, co wylazły z piekieł, a nie ich ukochanymi mężami.

Uczciliśmy, znaczy się, obietnicę, którą dostał pop Todor. Ale myśmy o tym nie wiedzieli! Nic nam nie powiedział, nawet się nie zająknął!

I zaczął pop Todor chytrze, skrycie i podstępnie czekać.

A on się umiał ukrywać — nie pop to był, a po prostu demon!

Jak lisek pocierał łapkami pyszczek i prędko, prędziutko przebierał różaniec, po prostu, mówię wam, tchu mi braknie od samego patrzenia na niego... I myślę sobie — ten człowiek cosik knuje, nieczysta to sprawa, ale przyznam się, że się nie domyśliłem, z czym wielebny wyskoczy...

Czekał pop Todor z wywieszonym językiem i robił się podobny do prawdziwego myśliwskiego charta. Węszy, przewraca oczkami i gotów rozszarpać gorące kobiece ciało. Którą to duszyczkę pop znów zwabi i będzie gonił po nocach? — tak sobie mówiłem, gdy patrzyłem na tego obwiesia.

Nie było popowi dane długo czekać, gdyż pewnego dnia Irina po cichu kiwnęła na niego pa­luszkiem i sama mu powiedziała szybko, zdyszanym, zawstydzonym szeptem:

— Przyjdź po południu, o piątej! Będę na ciebie czekała w cerkwi! Charałambi wyjechał do miasta!

Pop oszalał z radości.

Jak doczekał się piątej, nie wiedział nikt; nosił się po placu jak wicher.

I na koniec wpadł do cerkwi — gotowy.

A tam czekała na niego Irina.

— Rozbieraj się, przystojniaku! — wyszeptała kobieta, powiedziała to namiętnie, jakby jej du­szyczka omdlewała z pragnienia męskiej pieszczoty.

Pop rozdział się, co nie trwało nawet chwilki.

— A teraz złap mnie, złap! — zaszczebiotała swawolnie Irina i pobiegła pod ścianami świątyni.

Pop poleciał za nią jak jastrząb, wyciągnął drapieżnie obie gołe i włochate ręce. Gotów był zdusić figlarną gołąbeczkę!

I ledwo ją chwycił, drzwi świątyni się rozwarły z grzmiącym skrzypieniem.

Oj!

I co teraz?!

Cerkiew zupełnie pusta — cztery gołe ściany!

Pop szybko wpadł na to, że uratuje go przemiana w krucyfiks, narysowany na ścianie. To znaczy, gdyby się znalazł na miejscu Zbawiciela, Chrystusa. I wyprostował się pop Todor, rozpostarł ręce tak jak stał — całkiem goły. I był jak przybity do krzyża, tyle że do krzyża swojej grzesznej, miłosnej męki!

Wszedł zaś nie byle kto, bo sam władyka i mąż. Malarz ikon! Charałambi, dziki człowiek i wariat!

Władyka zaczął powolutku rozglądać się, to wysoko po sklepieniu cerkwi, to niżej — po ścia­nach, cmokał językiem z zachwytu. Tak wyrażał swój głęboki podziw i uwielbienie dla mistrzostwa malarza, Charałambiego, tego dzikiego człowieka, który zataczał się tuż za nim, pijany, z głupkowatym uśmiechem.

A nasz pop Todor cały się trzęsie, jakby go oblali zimną wodą.

I podchodzi władyka, podchodzi do niego!

Kroczy władyka powoli, poważnie, z godnością stąpa!

I co ma robić pop Todor?

Ani mu uciekać, ani też zostać.

A jednak zdecydował się zostać tam. Pewnie liczył na to, że władyka ma bardzo słaby wzrok — wiedział o tym. A Charałambi straszliwie się zataczał — chyba znowu pijany, na pewno go nie doj­rzy! Tak sobie rachował goły pop Todor...

Stanął władyka naprzeciw ojczulka, zamienionego w krucyfiks swojej miłosnej męki, i wciąż w tym samym zachwycie kiwał posiwiałą głową.

— Charałambi–i! Ależ ty stworzyłeś Jezusa Chrystusa jak żywego! — rzekł ekscelencja i znieruchomiał.

Patrzył władyka, przyglądał się, żegnał się raz za razem. I postąpił jeszcze krok do przodu, zbliżył się do krucyfiksu i nawet schylił się, stękając.

— Charałambi–i! Nie mogę się mieszać do twojej sztuki, ale mnie się wydaje, że chyba przesa­dziłeś... — zapiszczał trwożnie starzec, a laska w jego ręce zastukała nerwowo o podłogę świątyni i strasznie zadudniła.

— Z czym, władyko? — spytał z szacunkiem Charałambi, który za władyką chwiał się jak pło­mień świecy, jakby miał upaść, gdy tylko dmuchniesz na niego.

— Za długi on ma, Charałambi–i, ten interes! I czemu taki zadarty?! W górę patrzy?! Nie, tak nie można, synu! Nie! Na to w naszej chrześcijańskiej, świętej, prawosławnej świątyni nie pozwolę! — zatrząsł się z oburzenia wielkiego władyka, starzec czcigodny, któremu już minął ósmy krzyżyk.

— Skrócę go, władyko! Teraz, zaraz! Niby narysowałem patrzący w dół, ale czemu tak się podniósł?! — zdziwił się malarz i kiwnął głową na znak zgody, że istotnie, tak być nie może.

I wyciągnął ogromne nożyce spośród rozrzuconych po podłodze manatków. Nożyce z gatunku tych, jakimi się strzyże na wiosnę owce i osły. I szybko podszedł, rozwarł szeroko nożyce.

— Zaraz go utniemy, wasza ekscelencjo! Zaraz!

Jednak pop Todor nie wytrzymał, widząc nożyce, zbliżające się groźnie do jego pałki, wrzasnął ze strachu, ze zgrozy i rzucił się do ucieczki.

Nie pobiegł, a po prostu poleciał!

Wypełnił świątynię, rozległ się w niej echem ryk popa niczym grom!

Pop Todor nie pozwoli odebrać sobie tego, z czego jest najbardziej dumny!

Męskości!

Oręża!

Królewskiej buławy!

Berła!

Nie!

Władyka przeżegnał się wystraszony i zamamrotał wstrząśnięty:

— To mi dopiero talent! To mi dopiero cud! Jezus uciekł z krzyża! Nagi! Cud się stał! Nie miałem słuszności, nie! Tak musiało zostać, Charałambi–i, tak! Na uciechę młódkom prawosław­nym! Do całowania! Chi, chi, chi...

Charałambi skinął głową ze czcią i szacunkiem.

Poruszony władyka odwrócił się i żegnając się bez ustanku, cofnął się, wyszedł ze świątyni krokiem, mocno przypominającym świński trucht.

Na dworze, gdy starzec doszedł już nieco do siebie, spytał surowo:

— A gdzie jest pop Todor, czemu go nie ma?

— Przecież był tutaj! Ale uciekł, jakoś bardzo był zmieszany! — zaśmiała się Irina, która wyszła im naprzeciw na dziedziniec.

— Sprawdzimy to! Jak to, uciekł?! Tak być nie może! Przepisy cerkiewne wymagają, by pop towarzyszył władyce! — rzekł gniewnie starzec i zarządził: — Chodźmy do jego domu — poszukajmy tego osła! Już ja go spytam, czemu go nie ma, kiedy ja tu jestem!

Ruszył powolnym, dostojnym, ciężkim krokiem, jak przystało staremu, siwobrodemu władyce, w drogę ku domowi popa Todora.

Przodem stąpał władyka, przy nim Irina wdzięcznie przeginała swe giętkie ciało. Gruchała mu coś do uszka, ale co — nie wiedział nikt.

Za nimi zataczał się, przebierał nogami — jak zawsze — pijany malarz ikon Charałambi, dziki człowiek i wariat! Na ostatku szły dwa bezpańskie psy, które smutno zadzierały pyski do nieba, co chwilę poszczekiwały i kłapały zębami.

Taka to ciekawa procesja sunęła ulicami naszej wsi.

A w domu popa Todora popadia przeklinała i wrzeszczała jak najęta:

— Gdzie masz ubranie, durniu jeden?! Czego mi przychodzisz goły do domu?!

Pop tylko syczał, przykazywał jej milczeć i gorączkowo grzebał w skrzyni, szukając drugiej, zapasowej sutanny.

Ledwo ją przywdział, a już w progu stanęli władyka i Irina, a za nimi malarz, zatacza się, ale nie upada. Spomiędzy nich wyzierały ciekawie dwa bezpańskie psy!

Pop Todor padł na kolana i poczołgał się z wyciągniętymi rękami ku władyce:

— Wybacz, pasterzu! Wybacz mi!

— Oj, jest co podziwiać! Choć sam, ale widziałem, jakie ikony Charałambi wymalował! Zado­wolony jestem! Daj nam teraz coś zjeść, a i pić! — i niby to surowy, ale uśmiechał się władyka słodko pod wąsem.

Jedli, pili i weselili się, a gdy nadeszła chwila szczerości, a ona ponoć zawsze przychodzi po siódmej czarce, zapłakał pop rozdzierająco:

— Zgrzeszyłem, Charałambi! Przebacz mi, dobry człowieku!

— Niech ci Bóg przebaczy, popie! — zaśmiał się malarz i pokazał na Irinę. — Z tą kobietą jestem spokojny!

— Z takim popem we wsi i ja się nie muszę o nic martwić! Troszczy się on o każdą słabą kobietę, a mężczyźni sami sobie poradzą! — uśmiechnął się władyka i mrugnął. I zachichotał: — Ale prawdziwy był z ciebie krucyfiks, Todorze–e!

— Tak — przyznał się potulnie pop, zawstydzony opuścił głowę.

Cichutko wyznał swój grzech pop Todor.

I plotka w mig powędrowała, wyszła z domu popa, a gdy pobiegła, cała wieś otworzyła usta ze śmiechu!

Ale jakiż to śmiech był — mali i duzi, starcy, dzieci, kobiety, no, wszyscy, wszyscy!

I jednym potężnym głosem zapiały koguty, okropnie zaryczały krowy, ryknęły oba gromadzkie byki, kury zatrzepotały i zagdakały, jakby ujrzały orła krążącego nad swoimi głowami.

Psy na podwórkach odpowiadały im dzikim, zachwyconym szczekaniem.

Koty wdrapały się na kominy i stamtąd wesoło zamiauczały!

Wszystko, co mogło wydawać głos — zawyło, zakrzyczało, zakrakało, zamuczało, beknęło, ryknęło i rozchichotało się.

Nawet i drzewa zatrzęsły uginającymi się od owocu gałęziami, a dachówki na domach zaczęły podskakiwać po jednej, po dwie, jakby leciutko przytupywały w najweselszym choro.

Dziw nad dziwy — to wszystko śmiało się z nagusieńkiego, uciekającego krucyfiksu!

Władyka pogładził się po brodzie, wychylił tęgi łyk wina czerwonego i rzekł z wielką słodyczą:

— Niech raduje się lud! Albowiem śmiech, moje dzieci, i radość — to najprostsza droga do Boga, naszego władcy i Stworzyciela.

I znów wzniósł czarkę z winem czerwonym niczym krew, wypił do dna, jak przystało osobie duchownej tej rangi.

Mówię wam, takie bywały kobiety!

Jak Irina.

Bywały, i dziś bywają, jak mówią poniektórzy, ale gdzie one są?

Tylko się módlcie, by się z nimi nie spotkać, gdy zapragniecie je miłować w tajemnicy przed ich mężami!

przekład Bogumiła Benda

© Copyright by Stojan Valev, 2004
© Copyright for translation into Polish by Bogumiła Benda



[ góra ]

Komentarze

Społeczność e-czytelni na Facebooku

Rekomendacje

e-czytelnia

[ powrót ] | [ góra ]

 


 


Na tej stronie wykorzystujemy ciasteczka (ang. cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystanie z naszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies, umieszcza je w pamięci Twojego urządzenia. Więcej informacji na temat plików cookies znajdziesz pod adresem http://wszystkoociasteczkach.pl/ lub w sekcji „Pomoc” w menu przeglądarki internetowej.