e-czytelnia™ Wydawnictwa „e media” = literatura w internecie

e-czytelnia ` e media` - Strona główna

wersja e-czytelni™ dla urządzeń mobilnych Przejdź do treści

Internetowa czytelnia dobrym miejscem na Twój debiut literacki

Bookmark and Share

Facebook



Elżbieta Jeziorowska-Wróbel: z cyklu „Diagnoza” — Zwykłe opowiadanie

Komentarze» Wersja mobilna»

Zwykłe opowiadanie

Zaczęło się ściemniać. W oknach ciasno stojących wieżowców zapaliły się światła, a od nich jeszcze bardziej wyiskrzył się leżący wokół puszysty śnieg. Niebo było pogodne, gwiazdy na nim połyskiwały niczym cekiny na sukni balowej. Od czasu do czasu zawiał wiatr.

Wiatr na błeszneńskiej górze to normalność. Kiedyś były tu pola, mógł więc hulać do woli pomiędzy złotymi łanami żyta, pomiędzy małymi domkami i sadami. Zimową porą ganiał zapewne jak szalony. Teraz rozhulał się na dobre. Co gorsza, pewnie nie zamierzał się stąd wynieść. Bo i dokąd? Teraz okręcał się wokół wieżowców, wzbijał się po same dachy, gwizdał, trzaskał szczerbatymi drzwiami, trząsł kikutami drzew połamanych przez dzieciarnię i nabijał się ze wszystkich dookoła, jakby chciał zapytać: „A kto was tu zapraszał, co? Kto miał taki głupi pomysł, żeby na tej łysej górze poustawiać betonowe kolosy?”

Wiadomo kto miał, ale czy teraz ma to jakieś znaczenie? Ktoś nawet został nagrodzony za to betonowe siedlisko, za domy w środku podobne do chińskich slamsów — ciasne sypialnie, ciemne sralnie, niby kuchnio-jadalnie i cholernie długie, ciemne jak gardziele smoków korytarze, przez które każdego dnia, ocierając się o siebie, przemykają tysiące zmęczonych, ludzkich nóg.

Tego wieczora niebo było pogodne i, jak zwykle, od czasu do czasu zawiewał hultaj wiatr, a mrozik dawał do wiwatu. Wszyscy staliśmy w zwartej kupie. Wiadomo, że tak cieplej i rozmawialiśmy głośno. Kłęby dymu papierosowego, mającego zapewne ogrzewać nas od środka, buchały z naszych płuc, z wyraźnym trudem przebijając się przez mroźne powietrze.

— Weź pan tego peta, bo mi się futerko spali! — syknęła starsza pani do mężczyzny, który w ferworze dyskusji, wymachiwał nerwowo ręką z papierosem.

— Nie spali się, kochana, nie spali — rzucił nie odwracając głowy.

Stałam w milczeniu, przysłuchując się rozmowie. Zerknęłam na zegarek — minęła dwudziesta. Kilku młodych chłopców z naszej gromady rozpaliło ognisko na trawniku przysypanym śniegiem. Na trawniku? Cóż, wiosną coś tam posiano, ale latem wdeptano w ziemię i jesienią było już klepisko. Żadna strata, ogień temu nie zaszkodzi. Płonął więc wesolutko, strzelały iskierki. Wiele osób, spacerujących nerwowo wokół własnej osi, zbliżyło się do ognia, powyciągało ku niemu zziębnięte dłonie i pocierało je o siebie.

— Diabelnie zimno! — zauważył pan w jasnej jesionce, uśmiechając się nieśmiało. — Kto wie, jak będzie później? — zaniepokoił się.

— A tak. Zimno — przyznał inny facet opatulony grubym kożu­chem. — Dobrze byłoby strzelić sobie coś na rozgrzewkę.

— Jaka sprawa? — zachichotał radośnie maleńki staruszek. — Skocz pan do domciu i przynieś. Ja się dorzucę.

— Jak będzie pan pił, to do rana pan nie wystoi — zauważyła tęga kobieta w baranie. — Sen pana zmorzy i tyle!

— Co też pani mówi? Dopiero by się stało! — maleńki staruszek szturchnął mężczyznę w kożuchu. — No, na co pan czekasz? Skocz pan, chęci sobie narobiłem.

— E tam! Aż tak to mi się nie chce.

— To po cholerę apetyt pan innym zaostrzasz? — maleńki staruszek zabawnie przeskakiwał z nogi na nogę. — A już kropelkę na języku czułem — westchnął i odwrócił się plecami.

Jakaś kobieta zaśmiała się półgłosem, ktoś rzucił: „Smak ci wystarczy!” i zrobiło się cicho. Tylko wiatr szmerał między blokami, jęczały drwa trawione przez ogień. Czas szedł do przodu, tyle że wyjątkowo mozolnie, a ludzi wciąż przybywało. Jedni spacerowali, inni stali oparci o mur domu, palili papierosy, rozmawiali półgłosem. Ktoś przyniósł ze sobą maleńki taborecik, usiadł na nim i popijał czarną, pachnącą kawę.

— Jak jutro nie dostanę, to mnie cholera weźmie! — zaklęła młoda kobieta w futerku z nutrii. — Tyle czekania. Kto to widział?

— Co zrobić, kochaniutka, trzeba nam tylko czekać — westchnęła druga i na jej ostro wymalowanej twarzy pokazał się dziwny grymas. — Takie czasy. E, szkoda słów!

— Patrz pan, co to się porobiło? Dawniej, przed wojną… — zaczęła starsza pani, ale inna, w futerku z rudego lisa, nie dała jej dokończyć.

— Przed wojną, moja pani, to i pogoda była lepsza — roześmiała się nienaturalnie.

— A żebyś pani wiedziała! — wtrącił ktoś stojący z boku. — Tymi satelitami ją skrochmalili!

— I będzie jeszcze gorzej! — maleńki staruszek wsunął się zgrabnie pomiędzy kobiety, uśmiechnął się szeroko.

— Gorzej? Z pogodą? — pisnęła młoda dziewczyna.

— Z tym też — z całą powagą pokiwał głową.

Nagle zrobił się jakiś ruch, zamieszanie. Ktoś krzyknął. Obejrzałam się za siebie. Kilka kroków za mną leżała na ziemi kobieta. Podbiegło do niej dwóch mężczyzn, podnieśli ją i postawili na nogi. Nie dało się ukryć, że była w ciąży.

— Biedactwo, zasłabła — pani w rudym lisie troskliwie wytarła ze śniegu jej bladą twarz. — Może ktoś ma trochę wody?

— Jest kawa. Dać? — podbiegł do nich chłopak z termosem. — Napije się pani łyczek? — spojrzał w wystraszone oczy kobiety, po czym, nie czekając na odpowiedź, przytknął do jej ust dymiący kawą kubek.

Kobieta zamrugała szybko powiekami, usta jej zadrżały, ale wypiła łyk.

— Dziękuję — wyszeptała po chwili, niezdarnie poprawiając osuwającą się z głowy czapeczkę. — Już dobrze…

— Akurat — westchnęła ta w rudym lisie. — Za chwilę znowu nam pani kipnie i co będzie? Sama urodziłam piątkę, wiem coś o tym. Odprowadźcie ją do domu — zakomenderowała. — Może panią ktoś zmienić? — zwróciła się do ciężarnej.

Zaprzeczyła ruchem głowy.

— A męża gdzie pani ma?

— W pracy. Na nockę poszedł — wyszeptała.

— To nie ma sprawy. Pani pójdzie do domu, a my tu męża, jak przyjdzie rano, wpuścimy w nasze szyki — roześmiała się ta w rudym lisie. — Co jak co, ale dla ciężarnej serce trzeba mieć, no nie?

— Trzeba — odpowiedział zgodny chórek głosów.

— Na pewno nie stracę kolejki? — upewniła się kobieta w ciąży.

— Jasne, że nie — maleńki staruszek uśmiechnął się do niej słodko. — A który ma pani numerek?

Poszperała w kieszeni, pokazała.

— O, to przede mną? — zdziwił się mały staruszek. — Co tam, wpuszczę tego przyszłego tatuśka. Co mi tam.

— A spróbuj pan nie! — ta w rudym lisie pogroziła mu palcem. — Ej, dorzućcie coś do ognia, bo gaśnie! — zawołała do stojących opodal chłopców.

Popatrzyli po sobie, wzruszyli ramionami.

— Już nie ma co — powiedział jeden z nich.

— Nie? — maleńki staruszek bacznie rozejrzał się wokół. — A ławka? Przecież to taki stary rupieć — dwie dechy na krzyż — wydął usta.

Chłopcy znowu popatrzeli po sobie, bez słowa wzięli się za ławkę. Po chwili płonęła.

— Dobrze się pali — zarechotał maleńki staruszek. — Ciepłe tyłeczki ją latem wygrzały — powiedział znacząco, patrząc na tę w rudym lisie.

— Zbereźnik z pana! — kobieta zarumieniła się. — Kto by pomyślał, że w tym wieku…

— A co? Jak stary, to już do lamusa? Stary jestem, ale jary — błeszneński chłopak! — i maleńki staruszek podskoczył zabawnie, jakby chciał wykonać piruet.

Ktoś parsknął głośnym śmiechem, a on, zapewne przeceniając swoje siły, klapnął pośladkami na ziemię. Zerwał się szybko, otrzepał i wy­piąwszy do przodu wątłą pierś, roześmiał się rubasznie:

— Dupka nie gruszka, się nie rozleci!

Tłum wybuchnął śmiechem. Oparłam się o mur, sięgnęłam po kolejnego papierosa i spojrzałam na zegarek — minęła dwudziesta druga. „Boże kochany? Czy ja tu wytrwam do rana?” — pomyślałam nie bez przerażenia. Mróz doskwierał coraz bardziej, wiatr przybierał na sile, w oknach gasły światła.

— Nie wiem, czy dam radę wystać — pożaliłam się stojącej obok kobiecie.

Spojrzała na mnie z wyrozumiałością, uśmiechnęła się, zapaliła papierosa.

— Pani pójdzie się trochę przespać. Wpuścimy panią — powiedziała.

— Wy tak — popatrzyłam po stojących najbliżej — ale tamci?

— Wiecie, panie, tak mi się zdaje — odezwała się inna kobieta — że ktoś, kto wymyślił nam to stanie, zrobił to bez głowy. Żeby tylu ludzi z tylu ulic ustawić w jednym miejscu? Co to za rejonizacja? Bez pojęcia!

— Szkoda słów — westchnęłam, spoglądając na maleńkiego staruszka skaczącego zabawnie przy ognisku.

Zachowywał się, jakby był wodzirejem na jakiejś zabawie. Śmiał się głośno i opowiadał dowcipy. Pozazdrościłam mu tej werwy.

Zapadła głęboka noc. Ognisko, z braku drewna, zgasło. Ktoś zażartował, że przyniesie drzwi z klatek schodowych, bo i tak połamane, bez klamek. Ktoś chciał rzucić na pożarcie ognia osiedlową tablicę ogłoszeń, ale nie było chętnego, który chciałby się wdrapać na oblodzony słup. Tak więc, pomimo pogodnego nieba, zrobiło się nieprzyjemnie i ponuro. Wiatr wył jak głodny kojot, tańczył jak szalony, przeszywając nas na wylot. Ludzie poprzytulali się do ścian, jakby chcieli w nie wniknąć, pozamykali powieki i na stojąco zapadali w sen.

— Jak jutro dla mnie nie starczy, to nie wiem, co zrobię — jęknęła cichutko jedna z kobiet. — Stoję tu już drugą noc — dodała.

— Drugą ? — zdziwiłam się.

— Tak. Jedną odstałam za synową, bo chora — wyjaśniła mocniej wtulając się w kołnierz. — Mateńko moja, żeby tylko dowieźli… — wyszeptała.

Zabrzmiało to jak fragment gorliwej modlitwy.

Ranek zastał nas w komplecie. Wszyscy byli zziębnięci, zmęczeni, senni, zbici w wielką, przeskakującą z nogi na nogę, masę. Było nas sporo, dobrze ponad setkę. Dzielnie przetrwaliśmy tę długą, wietrzną, bardzo mroźną noc. Nikt nie zasłabł, nie upadł, nie przemarzł na kość.

— Która godzina? — ktoś postukał mnie po ramieniu.

— Dochodzi szósta.

— Chwała Bogu! Niebawem otworzą!

Za moment w gromadzie zafalowało, zaszumiało, wreszcie zawrzało jak w wielkim tyglu. Nastąpiło takie ożywienie, jakby zasilono nas nagle, i to wszystkich jednocześnie, zastrzykiem cudownej energii. Stalowoszare chmury, niczym kotary rozsunięte delikatnie niewidzialnymi rękoma, uwolniły ukrytą za nimi bladą tarczę grudniowego słońca. Na nasze twarze delikatną mgłą opadł świeży oddech poranka.

— Te, krasnal! — krzyknął jakiś dryblas do maleńkiego staruszka. — Stań na palcach, he, he, bo wpadniesz komuś pod buty!

— Nie bój żaby! — zachichotał maleńki staruszek. — Jakby co, ucapię się twoich gaci!

— Panie, pan stał za mną! — pisnęła jakaś starowinka.

— Ja? To pani była za mną!

— Akurat! Numerek pan pokaż! — krzyknął facet w owczej czapie.

— A pan skąd się tu nagle wziął?! Od wczoraj tu sterczę, a pana nie widziałam! — zawołała kobieta w rudym lisie.

— Nie? To kup se pani krople na oczy!

— Cham!

— Kretynka!

Mroźne, gęste powietrze poszarpał słowotok przekleństw i złorzeczeń. Niczym wiatr zaszumiał gwar głosów i jakaś potworna siła wtłoczyła mnie wraz z innymi przez szeroko otwarte drzwi do środka pomieszczenia, przed którym stałam całą noc. Poczułam się tak, jakby moje stopy oderwały się od ziemi, jakbym płynęła nad nią i była niesiona przez napierający na mnie ze wszystkich stron, sunący wciąż do przodu, zwarty w jedną masę ludzki tłum.

Nagle tłum zatrzymał się i wydał z siebie radosny oddech prawdziwej ulgi. Uniosłam głowę. Na haku wbitym w jasną glazurę ściany zawisła duża, soczysta, pulchniutka jak tyłeczek niemowlaczka, bożonarodzeniowa szynka!

grudzień 1980

© Copyright by Elżbieta Jeziorowska-Wróbel, 2008



[ góra ]

Komentarze

Społeczność e-czytelni na Facebooku

Rekomendacje

e-czytelnia

[ powrót ] | [ góra ]

 


 


Na tej stronie wykorzystujemy ciasteczka (ang. cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystanie z naszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies, umieszcza je w pamięci Twojego urządzenia. Więcej informacji na temat plików cookies znajdziesz pod adresem http://wszystkoociasteczkach.pl/ lub w sekcji „Pomoc” w menu przeglądarki internetowej.