e-czytelnia™ Wydawnictwa „e media” = literatura w internecie

e-czytelnia ` e media` - Strona główna

wersja e-czytelni™ dla urządzeń mobilnych Przejdź do treści

Internetowa czytelnia dobrym miejscem na Twój debiut literacki

Facebook



Janusz Gembalski: „Fatum” — odcinek 16.

Komentarze» Wersja mobilna»

Janusz Gembalski

FATUM

ROZDZIAŁ XI

Po powrocie przespałem pół niedzieli. Zbudził mnie dopiero telefon. Dzwoniła Iza. Powiedziała, że z milicją wszystko OK. Musiała z nimi pojechać do lasku na miejsce zdarzenia w celu wizji lokalnej. Udawała, że nie może znaleźć, gdzie to było, ale w końcu doprowadziła ich na miejsce. Znaleźli jeden but, kawałek materiału z koszuli jednego z facetów, trochę połamanych gałęzi i ślady krwi, które wzięli do zbadania. Przypuszcza, że dlatego się nią tak zajęli, gdyż naturalnie doskonale wiedzieli, gdzie ona pracuje i kim jest jej mąż. Po wizji zawieźli ją na pogotowie w celu zrobienia obdukcji lekarskiej. Dostała tydzień zwolnienia lekarskiego, więc pod koniec tygodnia pójdzie do swojej przychodni po dalsze. Ma nadzieję, że za dwa tygodnie będzie już mogła pokazać się ludziom na oczy.

Tydzień przeszedł jak z bicza strzelił. Dwa razy miałem korepetycje z moimi sympatycznymi chłopcami, dwa razy widziałem się z Mariolą, a resztę czasu przesiedziałem w czytelni Biblioteki Jagiellońskiej. O Mariolę mogłem być spokojny. Była naprawdę mądrą dziewczyną i moja rola zaczęła się ograniczać jedynie do tego, aby wygładzać jej tekst oraz na wyszukiwaniu i podsuwaniu jej odpowiednich i ciekawych materiałów do pracy. Mariola była aż za dobra jak na studentkę. Musiałem ją trochę hamować, aby z tego nie zrobiła przypadkiem pracy doktorskiej zamiast magisterskiej, gdyż często się na naszych uczelniach zdarzało, że prowadzący potem wykorzystywał dobre materiały do robienia własnej kariery naukowej. Na doktorat miała czas. W końcu może w przyszłości rozwinąć tę pracę i wykorzystać zdobyte teraz materiały i notatki do doktoratu. W piątek późnym wieczorem zjawił się u mnie redaktorek pijany jak bela i zwalił się na moim – a właściwie swoim – łóżku.

Pomimo jego chrapania, przespałem się jako tako na dmuchanym materacu. Kiedy się wreszcie przebudził, zaczął mnie maglować gdzie jest Zula i co się z nią stało. Nie było mu na rękę, że zniknęła z horyzontu, gdyż była dla niego ostoją w pożyczkach, kiedy był całkiem spłukany. Pożyczyłem mu pięćset złotych i spytałem, czy nie ma przypadkiem znajomości wśród architektów. Powiedziałem mu, że chodzi o przebudowę domu, który moi znajomi mają zamiar kupić. Nie mówiłem mu o Kościelaku i o moich zamiarach ożenku, gdyż doszedłem do wniosku, że im mniej osób będzie o tym wiedzieć, tym lepiej. Pomimo tego, że miał kaca, trafiłem na jego dobry humor, gdyż za moje pieniądze mógł zrobić sobie poprawiny i przyrzekł, że na pewno mnie w najbliższych dniach z kimś skontaktuje. Wspomniał również, że jego układy domowe są coraz gorsze i być może miarka się już przebrała. Zarówno jego żona jak i teściowie mają go już serdecznie dosyć, więc być może czeka go rozwód. Wprawdzie teściowie są przeciwni rozwodom, ale najwyraźniej chcą się go wreszcie pozbyć. Teść, gorliwy katolik, orzekł, że jego córka wcale nie wyjdzie za mąż po rozwodzie, tylko spokojnie zajmie się wychowaniem dzieci i wreszcie będzie miała święty spokój.

Na razie mam się nie martwić o moje poddasze, bo na pewno – jeżeli do tego dojdzie – to jakieś trzy miesiące wcześniej da mi znać, że mam zwolnić jego pakamerę. Wiktora tak suszyło, że szybko się pożegnał, gdyż dochodziła pierwsza, więc można już było w knajpie leczyć kaca.

Nie przejmowałem się, że Kapusta także miał mi znaleźć projektanta, ale z kolei bałem się, że jego projektant będzie miał gust raczej pod Kapustę, czego chciałem uniknąć. Jeżeli trzeba będzie załatwiać sprawy urzędowe i zezwolenie na przebudowę, to i tak na pewno skorzystam z jego usług. W chwilę po wyjściu Wiktora zadzwonił Kapusta. Prawił mi dosyć prymitywne komplementy zwracając się do mnie per „profesorze” i zaproponował, że ponieważ ma trochę czasu, to może po mnie przyjechać i podjedziemy pod te dwa adresy obejrzeć chałupy. Ucieszyłem się, gdyż sam byłem ciekawy, jak te domy wyglądają. Najpierw pojechaliśmy na Zakrzówek. Byłem tu kiedyś jeszcze za czasów moich krakowskich studiów, bo ze dwa razy grałem tam do późnej nocy w brydża w akademiku ASP. Nie mogliśmy trafić pod wskazany adres. Pytani przechodnie wzruszali tylko ramionami i w końcu chyba siódmy z rzędu powiedział nam, że dobrze, iż on jest akurat listonoszem, gdyż po adresie na pewno byśmy nie trafili. Naprawdę nie wiem dlaczego to jeszcze był Zakrzówek, bo dla mnie to już było jakieś zadupie nie mające nic wspólnego z miastem. Chałupa stała w szczerym polu. Dojeżdżało się do niej kiepsko utwardzoną drogą, która kończyła się wjazdem na posesję. Ktoś musiał władować kupę forsy i wybudował fortecę. Spoza wysokiego muru ogradzającego wielki teren, widać było jedynie ogromny dach. Brama była kratownicą z ceowników, której pola wypełniały arkusze czarnej blachy, przypominająca wjazd do zakładu karnego. Ktoś, kto budował taki dom w takim miejscu, chciał się chyba oddzielić całkowicie od świata, a szczególnie od przypadkowych natrętów. Na dzwonek nikt nie reagował. Już chcieliśmy zrezygnować z oględzin, kiedy usłyszeliśmy zgrzyt otwieranych drzwi i wrzaskliwe ujadanie jakiegoś małego kundla. Po chwili w bramie otwarło się okienko i jakiś starszy człowiek zapytał nas, o co chodzi. Wymieniłem nazwisko właściciela, przedstawiłem się i powiedziałem, że jestem zainteresowany kupnem. Stary oznajmił, że właściciele tu nie mieszkają, a on tu jest dozorcą i nie ma żadnych zezwoleń na oprowadzanie i wpuszczanie obcych. Jeżeli koniecznie chcemy, to możemy chałupę obejrzeć przez ten świetlik. Okienko miało jakieś dwadzieścia na dwadzieścia centymetrów, więc kolejno zajrzeliśmy do wewnątrz. Piętrowy dom z ciężkim kilkuspadowym dachem był wielki i ponury. Nie otynkowane ściany zewnętrzne z cegły, pozasłaniane ciemnymi okiennicami okna i zarośnięty ogród nie sprawiały miłego wrażenia. Pomyślałem o mojej „mało robotnej” kandydatce na żonę i stwierdziłem, że musielibyśmy tu jeszcze zatrudnić służbę łącznie z ogrodnikiem, sprzątaczką i palaczem c. o., a już na pewno z dozorcą. Przypuszczałem, że można by z tego domu zrobić wspaniałą rezydencję, lecz na pewno bardzo dużym kosztem i przy pomocy dobrego projektanta. Podziękowaliśmy dozorcy i ruszyliśmy z powrotem do centrum.

Dom w Cichym Kąciku był dużo mniejszy, ale – pomimo poobijanego tynku i niewielkiej parcelki – wesoły. Otworzyła nam starsza zadbana pani z miłym uśmiechem na twarzy. Dom powstał jeszcze przed wojną, jak na ówczesne czasy w modernistycznym stylu. Wybudowali go jej rodzice i ona mieszka tu od dziecka. Była ich czwórka rodzeństwa, więc parter i dwa piętra wcale nie były za duże dla jej rodziny. Ojca wywieźli Niemcy i – jak się po wojnie okazało – zmarł w jednym z obozów koncentracyjnych. Matka umarła parę lat po wojnie. Jedna siostra mieszka w Kanadzie, druga w Rabce, brat po szkole morskiej pływał na statku handlowym, a kiedy podpadł władzom, przeszedł na emeryturę i pozostał w Gdyni. Dla niej wraz z mężem ten dom był za duży, więc z początkiem lat sześćdziesiątych sprzedali połowę posiadłości. Tym bardziej że umożliwiały to dwie klatki schodowe. Mąż, lekarz, zmarł w 1972 roku, a ona jest za stara na chodzenie po schodach i utrzymanie małego ozdobnego ogródka. Ponieważ jej córka została po rozwodzie sama w dużym mieszkaniu, więc postanowiła sprzedać dom i przeprowadzić się do córki.

Starsza pani chętnie oprowadziła nas po domu. Na parterze była pralnia, pomieszczenie gospodarcze i jeden pokoik z maleńką kuchenką. Na piętrze kuchnia, hol i dwa piękne pokoje, a na drugim piętrze hol, trzy pokoje i taras. Dom był bardzo czysty i zadbany. Na moje oko chyba dałoby się kosztem pralni i pomieszczenia gospodarczego zrobić garaż.

Dom nie miał podpiwniczenia, więc wjazd do garażu byłby z poziomu gruntu i cała przeróbka nie wymagałaby wielkich nakładów. Pani była na tyle uprzejma, że poinformowała nas o stanie prawie płaskiego dachu, wymagającego nowego pokrycia papą.

Byłem zdziwiony, bo przypuszczałem, że Kapusta przyzwyczajony do przestrzeni na wsi będzie mnie namawiał na Zakrzówek. Jednak jemu także podobał się Cichy Kącik i stwierdził, że w tamtym ponurym domu na pewno straszy.

Pojechaliśmy do centrum, gdzie Kapusta zaprosił mnie na mocno spóźniony obiad do Wierzynka. Było bardzo miło. Siedzieliśmy prawie trzy godziny rozmawiając o Marioli. Córka w samych superlatywach wypowiadała się na mój temat, a kiedy ja zacząłem wychwalać jej mądrość i inteligencję, to stary był dumny jak paw. Delikatnie zacząłem go przekonywać, że szkoda by było, żeby córka przytyła w dyrektorskim fotelu wiejskiej podstawówki i że na pewno byłby z niej bardziej dumny, gdyby po paru latach została profesorem na uniwersytecie.

Początkowo się zaperzył, gdyż już prawie cała wieś wiedziała, że zostanie tą dyrektorką i że poprzedni dyrektor czeka na nią, aby pójść na emeryturę. Wszystko już ma załatwione, łącznie z kuratorium, wójtem w kieszeni i sekretarzem partii z powiatu, ale kiedy mu powiedziałem, że Mariola może nawet w przyszłości zostać dziekanem, to Kapuście zmiękła rura i już zaczął sobie wyobrażać, jaki to on będzie wtedy ważny.

Przy deserze spytałem, czy nie będzie miał pretensji, że ja też na własną rękę zacząłem szukać architekta. Kapusta uśmiechnął się i powiedział, że ten o którym on myślał, to pracuje w powiecie i głównie robi domki na wsi. Może więc będzie lepiej, jak jakiś „miastowy” przeprojektuje ten domek w Krakowie. Nie wycofuje się z obietnicy załatwienia wszystkich spraw urzędowych, a jeżeli gdzieś trzeba będzie „posmarować”, to bierze to na siebie.

Nie było sensu, żeby mnie odwoził, więc pożegnaliśmy się i poszedłem do swojej dziupli.

Ciocia Wiktora musiała chyba na mnie czatować, bo kiedy cichutko chciałem obok niej przemknąć, nagle otworzyły się drzwi i ciocia wciągnęła mnie do swojego mieszkania. Naturalnie musiałem wejść do środka na kieliszek wiśnióweczki, przy którym powiedziała mi, że jakaś bardzo uprzejma o miłym głosie pani już trzy razy do mnie dzwoniła. Przekazała, że ma na imię Iza i ma bardzo ważną sprawę. Koniecznie muszę do niej oddzwonić bez względu na porę. Ciocia musiała mi się pożalić, że dzisiaj po południu, kiedy wracała od przyjaciółki, zrobiło się jej bardzo wstyd, gdy zobaczyła swojego kompletnie pijanego Wiktorka. Nie chciała, żeby ją widział, więc skryła się w napotkanej bramie. Stamtąd widziała jak się przewrócił i dwóch milicjantów załadowało go do gazika. Ona niestety nie ma na niego żadnego wpływu, a on, chociaż taki zdolny, stacza się coraz bardziej.

Nie chciałem do Izy dzwonić od cioci, a ona nie chciała mnie wypuścić użalając się na swojego siostrzeńca. Pocieszała się jedynie tym, że jej świętej pamięci siostra na szczęście już nie żyje i nie widzi, co z jej synalka wyrosło.

Kiedy wreszcie wyrwałem się od niej, było już dobrze po dziesiątej. Tak jak prosiła, bez względu na późną porę, zadzwoniłem do Izy.

cdn.

© Copyright by Janusz Gembalski, 2011



[ góra ]

e-czytelnia

[ powrót ] | [ góra ]

 


 


Na tej stronie wykorzystujemy ciasteczka (ang. cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystanie z naszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies, umieszcza je w pamięci Twojego urządzenia. Więcej informacji na temat plików cookies znajdziesz pod adresem http://wszystkoociasteczkach.pl/ lub w sekcji „Pomoc” w menu przeglądarki internetowej.