e-czytelnia™ Wydawnictwa „e media” = literatura w internecie

e-czytelnia ` e media` - Strona główna

wersja e-czytelni™ dla urządzeń mobilnych Przejdź do treści

Internetowa czytelnia dobrym miejscem na Twój debiut literacki

Facebook



Janusz Gembalski: „Fatum” — odcinek 6.

Komentarze» Wersja mobilna»

Janusz Gembalski

FATUM

ROZDZIAŁ V c.d.

Mieszkanie Zuli było bardzo duże i na szczęście jakoś udawało się, że dotychczas nie dokwaterowano jej żadnego sublokatora. Wprawdzie były to tylko trzy pokoje z kuchnią i łazienką, ale w skład pomieszczeń wchodził również duży hol, który na oko mógł mieć jakieś dwadzieścia metrów kwadratowych, oraz mały przedpokoik prowadzący do kuchni i służbówki. Z holu wchodziło się do dwóch frontowych pokoi ułożonych w amfiladzie, gdzie urządziła sobie jadalnię i sypialnię. Drugie wejście prowadziło do łazienki, a trzecie do umiejscowionego od strony oficyny saloniku, gdzie przyjmowała klientów. W prawym rogu holu znajdował się wąziutki przedpokój prowadzący do kuchni. Razem około stu dwudziestu metrów kwadratowych dawało dla jednej osoby namiastkę luksusu. Jak dotychczas zawsze przyjmowała mnie w prywatnych pokojach, więc byłem ciekawy jak wygląda służbowy salonik dla klientów. Postanowiłem jednak, że zostawię to sobie na jutro. W sypialni znajdowało się duże wygodne małżeńskie łoże z nocnymi szafkami, dwie pomalowane na biało rzeźbione szafy, biedermeierowski stoliczek z trzema fotelikami i wielkie lustro, przed którym stał sekretarzyk pełniący rolę toaletki. Ściany pokryte jasną jedwabną tapetą w bladoniebieskie pionowe pasy, wypełnione były obrazami. Wisiały tu same akty malowane w okresie międzywojennym przez krakowską awangardę począwszy od pasteli Axentowicza aż do olejów Cybisa. Do większości tych aktów pozowała dawna lokatorka tego mieszkania, która przygarnęła Zulę pod swoje skrzydła. Jedynym powojennym obrazem, który wisiał w kąciku ze stolikiem był akt młodziutkiej dziewczyny z jabłkiem w ręce, pędzla Mikulskiego. Pomimo tego, że jego obrazy są bardzo graficzne, można jednak było dostrzec znaczne podobieństwo do obecnej gospodyni.

– Tak, to ja. Jest to mój pierwszy akt, do którego pozowałam mając szesnaście lat. Ponieważ bardzo go lubię, powiesiłam go tutaj. Reszta moich aktów wisi w saloniku. W jadalni są same pejzaże i martwe natury zarówno przedwojenne jak i współczesne. Niestety nie mogę wszystkiego co mam powiesić, bo nie mam tyle miejsca. Reszta obrazów schowana jest w służbówce i jakoś nigdy nie mogę się zdobyć na zmianę dekoracji.

Było już dobrze po pierwszej, kiedy wylądowaliśmy w łóżku. Nie chciało się nam spać, więc teraz przyszła kolej na moje relacje. Wtulony w jej nagi biust opowiadałem z detalami o okolicznościach i zdarzeniach, dzięki którym wylądowałem w więzieniu. Zaczynało świtać, kiedy wreszcie zmorzył nas sen.

Zbudziłem się rześki i wyspany. Byłem sam w łóżku. Nie miałem zegarka, który – podobnie jak pasek – przepadł w którymś z kolejnych depozytów i nie wiedziałem, która jest godzina. Pozbierałem się z pościeli i nago poszedłem szukać gospodyni. Akurat w momencie, kiedy wchodziłem do jadalni, piękny francuski zegar kominkowy zaczął wybijać dwunastą. Zaraz potem usłyszałem hejnał dochodzący z kościoła Mariackiego przez na wpół otwarte okno.

Zuli nie było w mieszkaniu. W kuchni na stoliku leżał liścik do mnie, że wróci po trzeciej oraz instrukcje dotyczące śniadania, zawartości lodówki i spiżarki. Poszedłem się ogolić i ubrać, a potem zrobiłem jajecznicę z pięciu jajek na boczku. Przygotowałem do tego cztery kromki chleba z masłem i mleko prosto z lodówki. Odpoczywałem po sutym śniadaniu słuchając gwaru przechodniów dochodzącego z ulicy i rozmyślałem nad moim przyszłym losem. Teraz było mi jak w niebie, ale to dzisiaj. Co jednak będzie jutro, pojutrze lub za tydzień – przerastało moją wyobraźnię. Zobaczyłem na blacie jakieś papierki, rachunki, korespondencję i z nudów zacząłem je przeglądać. Były tam rachunki za telefon, potwierdzenie zapłaty czynszu, widokówka z Zakopanego od jakiegoś wielbiciela itp.

Dopiero teraz patrząc na adres uświadomiłem sobie, że nigdy nie wiedziałem, jak ona naprawdę ma na imię. Dla mnie zawsze była Zulą i nawet nie przyszło mi do głowy, że to zdrobnienie pochodzi od Zofii. Ponieważ do jej przyjścia miałem jeszcze sporo czasu, postanowiłem zobaczyć, jak wygląda pokój przyjęć zawodowej kurtyzany. Kiedy tam wszedłem, przede wszystkim moją uwagę zwróciło stojące na środku okrągłe łóżko, zasłane atłasową narzutą w kolorze łososiowym, obszytą długą falbaną. Ściany pokryte tapetą w kolorze burgunda z maleńkimi złotymi lilijkami. Po prawej stronie stała biało-złota komoda, a po lewej – chiński czteroskrzydłowy parawan, za którym była ukryta umywalka i wieszak. Na podłodze okrągły, biały, włochaty dywan, a na ścianach same akty w złotych ramach. Zajrzałem do komody. W środkowej części znajdowała się chłodziarka z alkoholami, coca-cola i jakieś wody mineralne. Po prawej w szufladach sprytnie zrobione przegródki na kieliszki, filiżanki i łyżeczki. W dolnej szufladzie była nesca i herbata ekspresowa. I dopiero to zwróciło moją uwagę, że na blacie leżała gruba szyba, na której stał elektryczny czajnik. W lewej stronie komody były akcesoria higieniczne takie jak prezerwatywy, kremy, lignina, równiutko złożone małe ręczniczki, a w dolnej szufladzie po raz pierwszy w życiu zobaczyłem sztucznego członka z wibratorem, jakieś baciki, pejczyk i inne dziwne rzeczy, których przeznaczenia nie mogłem się domyślić. Wchodząc do tego burdeliku, zostawiłem otwarte na oścież drzwi do holu. Akurat kiedy oglądałem te dziwne dla mnie rzeczy, usłyszałem przekręcający się w zamku klucz i zobaczyłem wchodzącą Zulę.

– Widzę, że męczyła cię ciekawość, jak wygląda gabinet kurwy? Tam tylko pracuję. Ciebie przyjmuję na innych zasadach, dlatego nie było potrzeby, aby ci pokazywać ten pokój. Jeżeli cię to interesuje, to mogę parę zabawek zabrać do sypialni na dzisiejszą noc. Nie chcę się tutaj z tobą kochać, żeby nie kojarzyło mi się to z pracą. Nie wiem czy ten wystrój ci się podoba, ale wydaje mi się, że panowie dobrze się tu czują.

Odebrałem od niej torbę z zakupami i poszliśmy do kuchni. Ponieważ nie wyrażałem chęci, aby cokolwiek zjeść na mieście, Zula zabrała się do gotowania. Chętnie pomogłem jej obierając ziemniaki i krojąc zdobyczny schab na kotlety. W międzyczasie opowiedziała, że wyszła nie budząc mnie, gdyż miała umówione spotkaniu z jednym z klientów, który był dziekanem na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nie było mowy o tym, aby załatwić mi tam pracę, niemniej jednak istniała możliwość polecania moich usług studentom, których mógłbym przygotowywać do sesji i przeprowadzać indywidualne konsultacje przy pisaniu prac magisterskich. Pan dziekan nie chciał się z Zulą spotkać na uczelni, aby przypadkiem komuś przez taką znajomość nie podpaść, więc umówił się z nią w małej kafejce pod Wawelem. W tejże kafejce natknęli się także na pana prorektora, który – jak się okazało – spotykał się tam akurat z sekretarką tegoż pana dziekana, zatem wszystko się udało, gdyż nikomu z tego towarzystwa nie zależało na puszczaniu farby.

Pan dziekan miał nawet kandydatkę na konsultacje, córkę bogatego badylarza spod Krakowa, piszącą akurat pracę. Ojciec studentki pytał go, czy nie zna kogoś, kto by jej mógł pomóc. Zastrzegał jedynie, że absolutnie nie mogę tej pracy napisać za nią, a jedynie mieć nad nią pieczę i że on będzie ją na serio piłował podczas obrony, aby dokładnie sprawdzić jej wiedzę. W piątek mam osobiście do niego zadzwonić i dowiedzieć się czy ta sprawa jest aktualna. Podał jej swój bezpośredni telefon oraz poinformował, w jakich godzinach można go pod tym numerem zastać. Poza tym wyraził chęć, aby mnie poznać i porozmawiać, jako że nie może w ciemno polecać moich usług.

W tym dniu już nigdzie nie wychodziliśmy. Siedzieliśmy prowadząc rozmowy i dyskusje nad moim przyszłym losem. Wieczorem wykonałem kilka telefonów do znajomych w Warszawie, aby się czegokolwiek dowiedzieć na temat rzeczy z mojego mieszkania. Nie chodziło mi o meble czy ubrania, ale głównie o rzeczy osobiste, książki, notatki i korespondencję. Nie dowiedziałem się niczego konkretnego, a jedynie – nawet bez zdziwienia – zauważyłem, że potwierdza się reguła, iż przyjaciół poznaje się w biedzie. Jakoś każdy rozmówca był zaskoczony faktem, że takie „coś” jak ja jeszcze się plącze po świecie i jakimiś duperelami ośmiela się zawracać głowę poważnym ludziom. Byłem przekonany, że chyba nic z tych rzeczy nie odzyskam, ale dla formalności postanowiłem napisać oficjalne pismo do stołecznej prokuratury z prośbą o wyjaśnienie. Doszedłem do wniosku, że chyba chętnie zamieszkałbym na stałe w Krakowie, ale najpierw musiałbym mieć pracę, żeby wynająć dla siebie jakiś pokoik. Wprawdzie Zula proponowała mi mieszkanie u niej tak długo, jak tylko zechcę, ale wiedziałem, że będzie to krępujące zarówno dla mnie, jak i dla niej. Wspominała, że rozgląda się za jakimś kątem dla mnie i może uda jej się załatwić coś taniego.

Wstaliśmy dosyć późno obudzeni dzwonkiem telefonu. Dzwonił jakiś jej znajomy dziennikarz właśnie w sprawie mieszkania. Za dwie godziny mieliśmy się z nim spotkać na Placu Szczepańskim. Zjedliśmy śniadanie, ogoliłem się i przeglądając prasę czekałem z godzinkę na zakończenie porannej toalety Zuli. Kiedy wreszcie wyszła z łazienki, wyglądała naprawdę elegancko. Podobało mi się w niej to, że zarówno skromny makijaż jak i ubiór, w niczym nie kojarzyły się z uprawianą przez nią profesją. Była ubrana w szary kostiumik z jasną bluzeczką, czarne rajstopy i eleganckie szpilki, a całość uzupełniała, z pewnością kupiona w Peweksie, czarna skórkowa torebka. Założyłem marynarkę i wyszliśmy na pół godziny przed umówionym spotkaniem.

Wprawdzie nigdy nie przykładałem specjalnej wagi do swojego wyglądu, ale po tak długiej przerwie wydawało mi się, że każdy przechodzień patrzy na mój wygolony łeb. Jeszcze wówczas nie były modne takie fryzury, a ponieważ za stary byłem na rekruta, wobec tego przypuszczałem, że wszyscy wiedzą, skąd mnie wypuszczono.

Kiedy wyszliśmy z bramy, Zula wzięła mnie pod rękę i mając jeszcze sporo czasu, przeszliśmy wolnym krokiem w kierunku rynku. Kraków, choć trochę odrapany, zawsze był dla mnie przeuroczy, a w tak słoneczny dzień wyglądał naprawdę cudownie. Wkrótce zapomniałem o swojej fryzurze i z optymistycznym uśmiechem zacząłem patrzeć na świat. Było to dla mnie trochę krępujące, ale nagle zapytałem Zulę, czy mogłaby dać mi parę złotych. Bez słowa, z lekkim zdziwieniem wyjęła portmonetkę i dała mi pięćset złotych. Teraz ja ją chwyciłem pod ramię i poprowadziłem w kierunku kwiaciarek. O tej porze roku były tu tylko jakieś szklarniowe róże i goździki, lecz podszedłem do kramiku ukwieconego małymi bukiecikami śnieżyczek i tulipanów. Nie namyślając się długo, za całe pieniądze kupiłem bukiet czerwonych tulipanów i wręczyłem Zuli całując ją przy tym w rękę.

Zula była zaskoczona i miała łzy w oczach. Rzuciła mi się na szyję mówiąc:

– Po raz pierwszy w życiu dostałam od kogoś kwiaty wraz z ucałowaniem rąk. Nawet nie wiesz, jaką mi sprawiłeś radość. Naprawdę czuję się jak prawdziwa dama i do końca życia ci tego nie zapomnę.

Zula z bukietem i ja, trzymający ją pod rękę, wyglądaliśmy pewnie jak para leciwych narzeczonych, ale wcale nas to nie krępowało. Wolnym krokiem doszliśmy pod Teatr Stary, gdzie czekał już na nas dziennikarz. Ubrany był dosyć niechlujnie, acz interesująco. Wytarte dżinsy, wielkie buciory z żółtej świńskiej skóry na grubych podeszwach, tak zwanych traktorach, sweter z golfem z owczej wełny ręcznie dziergany na drutach i wytarta ogromna skórzana kamizelka, nawet pasowały do jego dość długich włosów i sympatycznej nieogolonej gęby. Kiedy nas zobaczył, twarz mu się rozpromieniła w serdecznym uśmiechu, odsłaniając przepiękne równiuteńkie zęby, jakie widuje się u hollywoodzkich aktorów.

– No, kurwa, czy ja mam być świadkiem na waszym ślubie, czy też mamy pogadać o komórce do spania? Wyglądacie razem tak, jak byście szli do cywilnego. Zula mówiła mi o tobie i wydaje mi się, że w swoich pechowych życiorysach chyba jesteśmy do siebie podobni. Chodźcie najpierw zobaczyć tą norę, a potem pogadamy w jakiejś knajpie, a ponieważ jestem jak zwykle spłukany, toteż musicie mi postawić kielicha, bo inaczej umrę od kaca giganta.

Weszliśmy do jednej z bram na małe podwórko. Miejsce to było o tyle sympatyczne, że prawie nie było widać odrapanych murów, bowiem aż po dach były zarośnięte dzikim winem czy też jakimś innym pnącym bluszczem. Z podwórka przez małą bramę w oficynie i po krętych schodach wyszliśmy na poddasze. Na samej górze znajdowały się tylko jedne stalowe drzwi, które Wiktor otworzył wielkim kluczem. Za drzwiami był strych oświetlony maleńkim świetlikiem i żarówką wiszącą na drucie. Przedostaliśmy się na drugi koniec pomieszczenia, przechodząc przez wielkie drewniane belki tramów dachowych i omijając suszące się pranie, aż wreszcie ukazały się nam zbite z desek drzwi zamknięte na kłódkę. Wiktor otworzył je i zapalił światło. Było to małe przytulne pomieszczenie w skosie dachu z niewielką wnęką lukarny dachowej, w której stało ogromne rzeźbione łoże z dwoma nocnymi szafkami, oddzielone jakimś baldachimem w nieokreślonym kolorze od reszty pokoiku. Po prawej stronie stała szafa, po lewej niewielka komoda z szufladami, a na środku okrągły stolik z dwoma starymi skórzanymi fotelami i jedno metalowe krzesło. Ściany i skos dachu wytapetowane były gazetami i plakatami z imprez jazzowych. Wiktor zaprowadził mnie do niskiego kąta, w którym dopiero teraz zauważyłem małe wąskie drzwi ze skosem u góry dopasowanym do pochyłości dachu. Tam znajdował się sraczyk i umywalka. Muszla była tak wciśnięta w pochyłość dachu, że można się tam było zmieścić jedynie w pozycji siedzącej. Przy umywalce dało się już stanąć i nawet nad nią mieściła się mała szafka z lustrem.

– No, jak ci się podoba ten apartament? Początkowo będziesz miał trudności z przyzwyczajeniem się do sikania po damsku, ale jak parę razy pierdolniesz się łbem o sufit, to się nauczysz siadać. Nie myśl, że tapety na ścianach i suficie są byle jakie. Wszystkie gazety są tak przyklejone, że możesz na każdej stronie przeczytać moje artykuły z okresu kilku lat.

Jeżeli ci ta buda odpowiada, to teraz idziemy do knajpy omówić szczegóły. Gdyby tu mieszkał Młynarski, to pewnie nie napisałby o tupaniu mew, lecz o tupaniu gołębi o blaszany dach, bo właśnie coś takiego teraz mi we łbie stukocze.

Wiktor zgasił światło, zamknął za nami drzwi i po wyjściu na plac naturalnie skierował kroki do najbliższej knajpy.

cdn.

© Copyright by Janusz Gembalski, 2011



[ góra ]

e-czytelnia

[ powrót ] | [ góra ]

 


 


Na tej stronie wykorzystujemy ciasteczka (ang. cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystanie z naszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies, umieszcza je w pamięci Twojego urządzenia. Więcej informacji na temat plików cookies znajdziesz pod adresem http://wszystkoociasteczkach.pl/ lub w sekcji „Pomoc” w menu przeglądarki internetowej.