Problem z bazą danych: odrzucone zapytanie Krystian Piwowarski: „Mysikrólik i sarna” :: eczytelnia.pl

e-czytelnia™ Wydawnictwa „e media” = literatura w internecie

e-czytelnia ` e media` - Strona główna

wersja e-czytelni™ dla urządzeń mobilnych Przejdź do treści

Internetowa czytelnia dobrym miejscem na Twój debiut literacki

Facebook



Krystian Piwowarski: „Mysikrólik i sarna” — odcinek 10.

Komentarze» Wersja mobilna»

10.

W Dusznikach padało. Właściwie lało. Jakieś lokalne oberwanie chmury. Jaś obserwował owo zjawisko dojeżdżając do miasta. Gdzie nie spojrzeć, wszędzie rozpinało się czyste, błękitne niebo, tylko w jednym jedynym miejscu widniała czarna plama, pod nią zaś znajdowały się właśnie Duszniki. Jaś nie zdziwił się, że nawet natura była przeciwko niemu, wiedział, że tak musi być, to element jego drogi krzyżowej. Objechał parokrotnie rynek i boczne uliczki zanim znalazł w potokach wody komisariat. Podjechał możliwie jak najbliżej, ale zanim osiągnął drzwi, cały przemókł. W dyżurce siedziało dwóch policjantów. Oglądali film w telewizji. Jaś nachylił się do okrągłej dziury wielkości spodka do herbaty, znajdującej się w okienku wielkości kartki z zeszytu.

— Dzień dobry panom. Znam nazwisko, ale nie znam adresu. Czy podacie mi adres?

Siedzący bliżej zwrócił nieobecną twarz.

— Dzień dobry — powtórzył Jaś.

— To jakiś teleturniej? — zapytał policjant.

— Teleturniej?

— Jesteś pan z telewizji?

— Nie. Dlaczego?

Funkcjonariusz na chwilę wrócił do oglądania.

— Znam nazwisko… — zaczął Jaś na nowo.

Policjant uniósł ramię. Jaś zamilkł. Posterunkowy wstał zza biurka i wyjrzał przez zalaną deszczem szybę.

— To żółte polo z otwartym bagażnikiem to pańskie?

— Tak.

— Ukryta kamera?

— Co? — Jaś nie rozumiał.

Policjant postukał paznokciem w parapet.

— Bagażnik się panu otwiera.

— Wiem.

— Musisz pan zamknąć, bo okradną.

— Już to zrobili.

— U nas?

— Nad morzem.

— U nas też kradną.

— Wszędzie kradną.

— Co za ludzie.

— Widzi pan.

— A kogo pan właściwie szukasz? — zainteresował się posterunkowy.

— Brygidy Patyk i jej męża, Mieczysława.

— Ja jestem Mieczysław — policjant podszedł do okienka.

Przesunął palcem szybę, żeby lepiej widzieć.

— Patyk? — zapytał Jaś.

— Nie.

— Szkoda.

— Masz pan do nich interes? Do tych Patyków?

— Nie tyle do nich, co do mojej dziewczyny. O, to jej zdjęcie. Ta Patyk jest jej kuzynką. Wiem od przyjaciela, że Małgosia, ta dziewczyna na zdjęciu, pojechała do swojej kuzynki Brygidy Patyk.

— Zwiała panu sprzed ołtarza?

— Tak pan sądzi? — Jaś wykrzywił się z gorzko.

— Tak sobie myślę.

— Jeden zero dla pana.

— Będzie dwa zero dla mnie.

— Dlaczego? — Jaś zaniepokoił się.

— Żadna Brygida Patyk tu nie mieszka.

— To niemożliwe.

— Stary glina ze mnie i wiem, co mówię. Patyków u nas nie ma. Owszem, są Kije. Prawie to samo, co Patyk.

— To nie to samo.

— Mówię: prawie to samo.

— Pokaż pan — od telewizora oderwał się drugi policjant.

— Skądś ją znam — stwierdził obejrzawszy zdjęcie.

— Tak? — w Jasia wstąpiła nadzieja.

— Jak Boga kocham, że już żem ją gdzieś widział…

— Gdzie?

— Nie mogę sobie przypomnieć.

— A kiedy to było?

— No… przed chwilą.

— Jak to, przed chwilą? — Jaś uniósł brwi.

— No mówię, żem ją widział… no — policjant spojrzał na zegarek — może z minutę temu.

— Jak mógł pan ją widzieć minutę temu, jak ja tu jestem od co najmniej pięciu minut.

Policjanci i Jaś spoglądali na siebie w napiętym milczeniu. Wszystkim coś się tutaj nie zgadzało. Zastanawiali się nad tym jakiś czas, ale wkrótce zrezygnowali. Ten, który widział Małgosię minutę temu wrócił przed ekran. Dyżurny oddał zdjęcie.

— To nieporozumienie albo ktoś zrobił panu kawał. Owszem, znałem jedną Brygidę, moją ciotkę. Miała wole wielkie jak torba pelikana i nosiła mini w wieku siedemdziesięciu pięciu lat. Uważam, że trzeba być najzwyklejszą dziwką, żeby nosić mini w tym wieku. Jak pan się na to zapatrujesz?

— Podzielam pańskie zdanie.

— Nie miała kuzynki podobnej do pańskiej narzeczonej, bo bym ją zapamiętał.

— O, kurwa! — policjant przed telewizorem wyciągnął palec. — To ona! Stąd żem się pomylił. Jakżeś powiedział o twojej ciotce, Mietek, od razu żem pomyślał, że była podobna do tej starej z telewizora, a jakżem pomyślał o starej, to od razu żem sobie przypomniał, że ta stara ma kuzynkę, co się nagle odnalazła, i od razu żem poznał, że ta pańska narzeczona jest podobna do niej.

Jaś wsunął głowę w okienko. Ujrzał na ekranie pulchną brunetkę w różowej sukience, szarpiącą się z jakimś facetem z bakami.

— To ona? — zapytał policjant.

Jaś pokręcił głową. Wyszedł na deszcz. Nie spieszył się. Już mu nie zależało. Stał na stopniu komisariatu i mókł. Uniósł martwą twarz ku niebu i zapytał, czy Bóg ma w tym jakiś interes, żeby Jaś Skoczek nie znalazł swojej dziewczyny? Nie doczekał się odpowiedzi wprost, bezpośrednio. Formą odpowiedzi nie wprost, uwikłanej, jak to u Boga, w niejasną metaforykę losu, w symbole, znaki i tak dalej, była otwarta maska samochodu i brak akumulatora.

— Rozumiem — rzekł Jaś, choć nic nie rozumiał. Ludzie z reguły mówią: „Rozumiem”, kiedy nic nie rozumieją. — Nienawidzę cię, Zdobniak — dodał. — Dlaczego mi to robisz? — dodał jeszcze, mając na myśli Małgosię. Wsiadł do samochodu i zadzwonił.

 

Robert Zdobniak spał w niskim, szerokim łożu z rattanu. Obok spały trzy Azjatki. Wyglądały jak trzy smukłe, czarnozielone jaszczurki. Zdobniak był nienaturalnie powyginany, sprawiał wrażenie, jakby biegł i skakał we śnie. Łoże, Zdobniak i Azjatki znajdowali się w pomieszczeniu urządzonym w stylu dalekowschodnim; zewsząd zwieszały się dzwoneczki feng-shui zapewniające dobre samopoczucie psychiczne i fizyczne, natomiast ściany i podłogę przykrywały maty z rafii. Spod sterty męskich i damskich ubrań walających się na podłodze odezwał się telefon. Zdobniak otworzył ciężką powiekę. Szturchnął nogą jedną z dziewcząt:

— Phone!

— Fuck you! — odparła dziewczyna nie otwierając oczu.

— Jesteś niewdzięczna — oznajmił Zdobniak — w końcu urabiam się dla was po pas.

— Duzio o tobie słyseć od was ambasador, no ty nie być taki dobly — odparła dziewczyna z wyrzutem.

— Chyba suszi mi zaszkodziło.

— Cieba biło jeś kotlet schabowi. Jakby zjad kotlet, miaby duzio sił na ciupcianie. Dobzie mówić: ciupcianie?

— Dobrze. Kto dziś jada wieprzowe kotlety? Chcecie, żeby mnie zabił cholesterol?

Zamknął oczy. Nie otwierając ich przetoczył się po oliwkowych, pachnących monsunem ciałach i zwlókł z łóżka.

— Wszystko na mojej biednej głowie — poskarżył się.

Z zamkniętymi oczami, na czworakach, dotarł do ubrań. Wyłowił ze sterty swoją marynarkę, z niej komórkę. Opadł na plecy.

— Zdobniak przy aparacie — wychrypiał zbolałą szczęką.

— Jej tu nie ma! — wrzasnął Jaś. — Nie ma tu żadnej Brygidy Patyk, sukinsynu!

— Nie moja wina.

— A czyja?! Jestem mokry, głodny, mam zniszczony samochód…

— Ja ci tylko powtarzam jej słowa. A powiedziała, że jedzie do Dusznik, bo ma tam kuzynkę ze strony ojca. Ale nie masz się co łamać, bo ona już nie jest w Dusznikach.

— Wiem, że nie jest, ty kanalio!

— Nie jest — powtórzył Zdobniak. — A skąd wiesz, że nie jest? — zapytał.

— Bo jej tu nie ma!

— Jej tam nie ma.

— A gdzie jest?! — Jaś ugryzł się w pięść.

— W górach.

— W górach? Już jestem w górach!

— W innych górach.

— W których górach?

— W Tatrach.

— Znowu powiesz, że ma tam kogoś z rodziny?

— Nie. Nic takiego nie mówiła. Powiedziała tylko, że jedzie do Tatrzańskiego Parku Narodowego. Nie pytaj mnie, po co, bo nie wiem. I nie złość się, jestem tylko posłańcem…

Jaś rozłączył się. Po chwili zadzwonił do ojca. Musiał przed kimś wylać wielki żal, jaki miał do świata, Zdobniaka, no i do Małgosi. Wybrał ojca. Człowieka równie mocno sponiewieranego przez życie. Jaś poczuł, jak bliski jest mu w tej chwili jego ojciec. Właściwie był jedyną bliską mu osobą na tym świecie. Przypomniał sobie słowa Kożucha, zresztą też kanalii: „Przyjaciele zdradzają, kochanki porzucają”. A ojciec zawsze będzie ojcem. Starym, poczciwym safandułą, który zawsze służy synowi dobrą radą. Czuł na policzkach piekące łzy spóźnionej, synowskiej miłości.

 

Aquarius nie mógł się zdecydować na właściwą autokreację. Ta bezczelna kurwa stanowiła dla niego zagadkę. Najpierw deprymującą, potem podniecającą, a następnie znowu deprymującą. Długo nie mógł jej rozgryźć, przez głowę przelatywały mu rozmaite pomysły, na przykład taki, że jest kochanką Rity, a zatem Rita okazała się, po pierwsze, nielojalna, ponieważ ustalili na początku współpracy, że jedynym kochankiem Rity będzie, o ile czas i siły pozwolą, zapracowany Aquarius, po drugie zabrała się do knucia jakiejś podejrzanej intrygi w stylu Lukrecji Borgii, kazirodczej kochanki swego ojca i brata. Aquarius poczuł się zagrożony. Po zasięgnięciu porady w gwiazdach odrzucił pomysł jako nazbyt śmiały, w sensie intelektualnym, a zarazem emocjonalnie zawiły. Wiedział doskonale, że Rita pragnie objąć po nim sukcesję. Wiedział jednocześnie, że ona nie ucieknie się do intryg. To nie w jej stylu. Decydując się na ostateczny krok, w trakcie któregoś z intymnych seansów, nie wdając się w subtelności ani karkołomne sploty zdarzeń, monstrualna kobieta własnoręcznie udusi Aquariusa używanymi rajstopami, za którymi stylista do tego stopnia przepadał, że nosił je jako rodzaj fularu. I po krzyku. Potem przyjął założenie, że ta śliczna dziwka jest tajnym wysłannikiem mediów. Stosując bezpośrednią prowokację dziennikarka pisze skandalizujący reportaż o zakulisowych sprawach z życia wielkiego kreatora, ale ani w dziennikach, ani w prasie kobiecej nie znalazł nawet wzmianki o kompromitującej rozmowie na temat arabskiej strzelby i wielbłądzic. Rozważał krótko wariant zakładający, że Małgosia pracuje dla zagranicznej konkurencji, dla której genialny Aquarius był solą w oku, jednakże odrzucił tę koncepcję jako nazbyt dziecinną. Gdyby konkurencja chciała go unieszkodliwić, nasłałaby azjatyckiego mistrza w posługiwaniu się struną od fortepianu. Nie umiał wyjaśnić, dlaczego byłby to akurat cichy dusiciel, po prostu miał obsesję na punkcie śmierci przez uduszenie. Sto razy bardziej wolał sztylety i truciznę. Ostatecznie uznał, że piękna dziewczyna jest tylko i po prostu piękną dziewczyną, choć dziwnie twardą i może nazbyt ekscentryczną. Zjawił się w czarnej limuzynie z przyciemnionymi szybami i białymi oponami jako amerykański gangster z lat czterdziestych. Miał na sobie biały dwurzędowy garnitur w czarne prążki, czarną koszulę, biały krawat i kapelusz w kolorze sadzy z karminowym paskiem. Na stopach czarne buty z białymi getrami i guziczkami, jak te, w których Austerlitz vel Fred Astaire wytańczył swoje miliony i sławę najlepszego w świecie tańczącego kurczaka we fraku. Rozparty na tylnym siedzeniu palił grube, kubańskie cygaro. W tym czasie Robert Zdobniak siedział w plastikowym fotelu, na trawniku przed domem, okryty cieniem pomarańczowego parasola i usiłował śledzić przygody pana Tomasza. Czuł się do tego stopnia fatalnie, że templariusze z powieści mylili mu się z proletariuszami, których pamiętał z okresu, kiedy jeszcze nie działał w dyplomacji. Pracując jako świeżo upieczony inżynier w fabryce produkującej odkurzacze z bliska widział nędzę ludzi pracy. Młodemu idealiście szczególnie żal było dziewcząt, po całych dniach przykręcających ciężkimi śrubokrętami plastikowe drzwiczki na zawiasach czy jak to się tam nazywało, z dziurą, w którą wkłada się rurę ssącą. Uważał, że śrubokręt jest ostatnią rzeczą, jaką kobieta powinna trzymać w dłoni. Starał się umilić dziewczętom szare życie znajdując dla ich dłoni pożyteczniejsze zajęcie… Z domu wyszła Małgosia z dzbankiem soku.

— Marnie dziś wyglądasz — powiedziała. — Najwyraźniej nie służą ci nocne eskapady, kocurze.

— Nie wiem, co się ze mną dzieje.

— Ustatkuj się. Wchodzisz w wiek średni.

Skrzywił się. Małgosia nachyliła się.

— Masz siwe włosy na skroniach — zauważyła.

Westchnął, dotknął głowy.

— Zaniedbałem się.

— Farbujesz włosy?

Milczał zrezygnowany. Poruszył szczękami. Do licha! Jeszcze niedawno mógł powiedzieć, że jego rekinie szczęki są niezłomne, nieugięte, bezkompromisowe w niesieniu rozkoszy kobietom. Rozkoszy tak wielkiej, że niemal śmiertelnej. A teraz? Czym są teraz? Zepsutym mechanizmem, plastikowymi drzwiczkami ze złamanym zawiasem!

— Chyba mam gorączkę.

Dotknęła jego wilgotnego czoła.

— Nie masz.

— Ale czuję się, jakbym umierał. Słowo daję.

Oboje odwrócili głowy. Przy krawężniku zatrzymała się dziesięciometrowa limuzyna. Z limuzyny wysiadł dziarsko wyglądający kierowca w kaszkiecie i skierował się do furtki. Nawet nie pytał, czy może wejść.

— Mam wiadomość od pana Aquariusa — rzekł.

Skierował się wprost do Małgosi. Gospodarza tego domu pominął.

— Jaką?

— Pan Aquarius zaprasza panią do środka — wskazał na limuzynę.

— On tam jest? — zapytała Małgosia.

— Jak najbardziej.

— A czego chce?

Kierowca podrapał się pod kaszkietem.

— Tego dokładnie to nikt nie wie, proszę pani, a jeśli chodzi o to tutaj, to mam pani przekazać ten liścik.

Przeczytała wiadomość. Przekazała liścik Zdobniakowi. Była do głębi poruszona. Wstrząśnięta. Nigdy by się tego nie spodziewała. Była również mile połechtana.

— Wiele w życiu widziałem, ale żeby ten czubek kogoś przepraszał? — Zdobniak zmiął liścik i rzucił na ziemię. — On do ciebie nie pasuje.

— Ty sam chciałeś…

— Pomyliłem się! To nie jest zajęcie dla ciebie.

— Jeśli zaproponuje mi pracę…

— Nie musisz pracować. Będziesz mieszkać u mnie. Jako dyplomata, obserwator i wysłannik zarabiam kupę forsy.

— Jak ty to sobie wyobrażasz? Mam być twoją utrzymanką?

Książka o panu Samochodziku upadła na trawę.

— Co, do cholery? — spytał Zdobniak drżącym głosem starca. — Dziewuchy puszczają się z jego garbatym lokajem, żeby załatwił im casting, a tu nagle osobiście, przyjeżdża?

— Wisi mi to — przerwał kierowca.

— Nie może się trzymać jednego? Tego, że jest skurwysynem? Co to za jakaś pieprzona demonstracja? Jakaś fałszywa wielkoduszność… khe, khe! — rozkaszlał się.

— Szef ostatnio myśli, że jest Jezusem. A Jezus miał gest, nie?

Kierowca spojrzał na Małgosię.

— Jestem gotowa — rzekła.

— Nie jedź z nim! — wykrzyknął Zdobniak.

— Pojadę.

— Błagam!

— Nie przejmuj się. Przecież nie zrobi mi krzywdy. Prawda? Skoro myśli, że jest Jezusem?

— Jasne — odparł kierowca. — Tyle, że akurat dzisiaj nie jest.

— A kim jest?

— Alem Capone.

— Kim? — Zdobniak zamrugał.

— Ta liga nie jest dla pana — stwierdził kierowca spokojnie. — Niech pan sobie odpuści.

Obdarzył spoconego Zdobniaka pogardliwym uśmieszkiem. Ruszył do samochodu. Małgosia poszła za nim. Otworzył przed nią drzwi. Wsiadła. Samochód odjechał. Zdobniak siedział chwilę nieruchomo, po czym zerwał się z fotela i wbiegł do domu.

— Wiem — rzekł Aquarius krótko.

— Tak? — Małgosia uniosła brwi.

Zajrzała w oczy ocienione rondem kapelusza.

— Ty nie lubisz sentymentalnych mężczyzn.

— Sentymentalnych tak, ale…

Aquarius uniósł małą, wąską dłoń.

— Nie zaprzeczaj. Tobie odpowiadają twardzi faceci. Sama jesteś twarda i szukasz twardych facetów. No, więc ja jestem tym twardym facetem — rozpiął marynarkę i odchylił połę ukazując kaburę na białej szelce.

— Ten gnat nie strzela budyniem.

— A czym?

— Dobrze wiesz, czym. Nie udawaj pierwszej naiwnej, Lulu.

— Gdzie chcesz mnie zabrać?

— Na ćwiczenia do „75”, a wieczorem na kolację do „Kociego ogona”.

— Myślałam, że na romantyczną przejażdżkę.

Stylista uśmiechnął się pogardliwie i wyniośle.

— Dzisiaj człowiek nie ma czasu na takie rzeczy. Nie zrozum mnie źle, Lulu, nie wszystko, co nowe jest dobre. Weźmy choćby prostactwo naszych współczesnych bandytów. Jak można się tak ubierać? O jakimś indywidualnym stylu czy tradycji nie ma mowy. Od kogo mieli się uczyć? Od komunistów? Żyjemy w zacofanym kraju, nawet świat zbrodni jest u nas zacofany. A przecież i zbrodniarz może być artystą. Weźmy gangsterskie porachunki, szczególnie mordowanie zdrajców i dłużników. Czyż akt śmierci nie może być spektaklem godnym greckiej tragedii? Wyobraźmy sobie scenerię lasu o świcie: mgła, światła reflektorów, świeżo wykopany dół, ofiara z połamanymi nogami i rękami wypowiada po raz kolejny swoją kwestię: „Nie zdradziłem, chłopaki, przysięgam, nie zdradziłem! Wystawili mnie!”. Chór złożony z kilku ciemno ubranych mężczyzn mówi z kolei: „Okłamałeś, zdradziłeś, sprzedałeś. Musisz ponieść karę.”, po czym z szeregu występuje sam boss mówiąc: „Przez ciebie mój starszy brat nie żyje, a młodszy został kaleką. Tatuś i schorowana mamusia siedzą za paserkę. Moja kobieta nie chciała mi obciągać. Nie trybiłem, póki nie dowiedziałem się, że ją posuwasz”, a następnie strzela zdrajcy między oczy.

Po drodze demonstrował zalety wielkiego samochodu: barek, GPS, video, pokładowy komputer i kierowcę w kaszkiecie, o imieniu Edek. Patrzył na jej gołe kolana. Kolanka. Przełknął ślinę. Zasunął dźwiękoszczelną szybę i zaciągnął zasłonkę. Pocałował Małgosię. Jego usta miały gorzki smak tytoniu. Wargi dziewczyny smakowały sokiem z owoców. Były miękkie, słodkie, gorące i doprowadzały Aquariusa do ekstazy połączonej z udręką. Nad głowami kochanków zapaliło się czerwone światełko i z głośnika spłynął łagodny, modulowany głos Edka:

— Ktoś za nami jedzie, szefie. Przepraszam, że przeszkadzam.

Aquarius nacisnął guzik unosząc roletę na tylnej szybie.

— Czerwone BMW, szefie. Jedzie za nami od pierwszej chwili.

— Brawo, Edek — stylista nacisnął inny guzik. Dźwiękoszczelna szyba opadła, Aquarius wręczył kierowcy dziesięć złotych. — Kupcie dzieciakom cukierki.

— Nie mam dzieci, szefie. Nie lubię bachorów.

— No to kupcie sobie, co tam chcecie. I zgubcie go.

— Jasne, szefie. Dziękuję.

— Kto to?

— Źli ludzie, Lulu.

— Czego chcą?

— Mojej śmierci. Za te projekty oddaliby pół życia. Powstawały w boskim natchnieniu.

Nim Małgosia się spostrzegła, w ścianie oddzielającą kabinę kierowcy od reszty samochodu otworzyły się małe drzwiczki, których wcześniej nie było widać, i wyjechał z nich płaski plazmowy ekranik. Jeszcze chwila i na ekraniku ukazały się fantazyjne projekty, ale zanim zdążyła się im uważniej przyjrzeć, samochód gwałtownie skręcił. Wpadła na Aquariusa. Stylista przyciągnął ją ramieniem.

— Nie bój się, Lulu. Przy mnie nic ci nie grozi.

— Nie boję się.

— Jesteś twarda. Dobrze wiedziałem.

— Nie jestem.

— Czy moje projekty podobają ci się?

— Co to takiego?

— Szarawary z elementami klasycznego smokingu, który przechodzi w uroczy damski kołpaczek obszyty futerkiem z soboli. Propozycja dla nieortodoksyjnych pederastów i odważnych lesbijek. Poszukiwałem inspiracji na wschodzie. Wschód to przyszłość. Wschód to również nasza polska tradycja, że wspomnę Biernata z Lublina.

— Co ma Biernat do twoich projektów?

— Dziwi cię mój patriotyzm?

— Patriotyzm?

— To, że sięgam do skarbnicy naszej narodowej literatury?

— Może. Trochę.

— Ja nie mam kompleksów wobec Europy. Sama powiedz, czym możemy zainspirować Europę jęczącą w okowach globalnej technologii? Oryginalną surowością poglądów Biernata z Lublina, jego umiłowaniem prostego, wiejskiego życia opartego na szczerości, znoju, braterstwie i cnocie. Wielkie słowo: Europa! Europa jest wyjałowiona, pusta, wszystko już było i wszystko zostało powtórzone dziesięć razy i teraz faceci kręcą się jak psy za własnym ogonem. Co wymyślą, to powtórka, można się wyrzygać z nudów.

Samochód kręcił się to tu, to tam, w lewo, w prawo, w prawo, w lewo, na ekraniku pojawiały się kolejne odważne projekty, Aquarius objaśniał nieodgadnione przeznaczenie elementów tuląc Małgosię do boku. Wokół pracowało wielkie i wrogie miasto, ale we wnętrzu limuzyny było cicho i miło. Edek zameldował, że zgubił tamtego. Stylista zapalił nowe, doskonałej jakości cygaro. Miał ich setkę w szkatule z malachitu, ukrytej w tej samej ścianie, tylko niżej. Z głośnika popłynęły dźwięki swingującej muzyki z lat czterdziestych.

— Spragniona?

— Szwepsa — poprosiła.

Stylista spełnił jej życzenie. Posłała mu promienny uśmiech.

— Miło? — zagadnął.

Spadł na nią oczami. Zabrał się do tego dość nieoczekiwanie. Jeśli miała zmięknąć, to nie zmiękła. Milczenie przeciągało się.

— Jesteś twarda jak skała.

— Nie jestem.

— Wiesz, dlaczego chciałem się z tobą zobaczyć?

— Nie. Nawet się nie domyślam.

— A dlaczego osobiście przyjechałem po ciebie?

— Kompletna pustka w głowie.

— Albo, dlaczego pokazałem ci najnowszą kolekcję, za którą faceci z Londynu proponowali mi w ciemno pięć milionów dolarów?

— No właśnie? Chyba nie po to, żeby się ze mną przespać? Bo gdybyś chciał się ze mną przespać, to byś mi to po prostu powiedział przez telefon.

Słuchał wypuszczając w milczeniu dym, ogromnie skupiony.

— Fascynujesz mnie — oznajmił wreszcie, bardzo z siebie zadowolony.

— Tak?

— Jest w tobie siła, której ulegają mężczyźni.

— Ta siła, to ładna pupa. Tak jest od początku świata.

— Czy wiesz, co robią te wszystkie dziewczątka marzące, by zostać modelkami? Zdejmują majtki i siadają mi na kolanach. A gdybym chciał, siadałyby mi na twarzy. Nie powiem, że tego nie lubię, ale mężczyzna pragnie kobiety, którą może szanować.

— Szanujesz mnie, bo nie oddałam ci się przy pierwszym spotkaniu?

— Kompletnie wybiłaś mnie z rytmu. Nie wiem, co się dzieje. W dodatku obraziłaś mnie. To jest absolutnie rewelacyjne!

— Chcesz mnie szanować?

— Dlaczego nie? Wam się wydaje, że faceci to zwierzęta. A jak ci powiem, że facet pragnie ubóstwiać kobietę? Ha?

Małgosia z wrażenia zaniemówiła. Stylista wprost wsysał się w nią wzrokiem.

— Więc ty mnie ubóstwiasz?

— Nienawidzę łatwych kobiet. Wzbudzają we mnie pogardę. Nie mają w sobie aury tajemniczości, są tak prozaiczne, kiedy są nagie, takie trywialne, pospolite, nudne jak przeczytana książka, wszystkie puenty wybrzmiały, intryga wygasła, pozostał spis treści… — Jego wzrok nagle przygasł jak płomyk świecy na wietrze. — Kiedy umieramy, całe nasze długie i bogate życie staje się jednostronnicowym spisem treści.

Małgosia usiłowała się otrząsnąć.

— A jak twoje lewe interesy?

— Lewe interesy?

— Jesteś gangsterem.

— Och! — Aquarius poruszył się. — Dziś jestem gangsterem, jutro mogę być kimś innym. Kwestia samopoczucia. W końcu działam w showbizie. Czyż nie?

— Co będzie ze mną?

— Czy muszę to mówić? Zostaniesz królową kolekcji. Czeka nas cudowna przyszłość.

Obsługa „75” nie mogła się nachwalić nowego wcielenia szefa. Dziewczęta przewracały oczami, a mężczyźni zginali się wpół, trafiani pociskami z rewolweru, kiedy Alfonso Capone-Aquarius strzelał do nich z obu wskazujących palców. W ten sposób on i Małgosia dotarli do garderoby. Tam ją zostawił. Była szczerze ciekawa, kogo ujrzy w siłowni, bo na pewno nie będzie to Aquarius jako taki, saute, w skali jeden do jeden. Samoańczyk w kolorowych majtkach i kwietnym wieńcu? Poławiacz pereł? Cyrulik? Jazon, Herkules, Tezeusz? Pojawił się w lwiej skórze z napisem: „Niedościgniony styl Aquariusa — historyczne stroje sportowe”. Małgosia od razu odgadła, że przypadła jej rola Dalili. Jeśli był na tyle wyrafinowany, by oddawać się grze symboli, to musiał się liczyć z utratą sił w ramionach pięknej Filistynki. A jeżeli nie miał o tym pojęcia? Na głowie pyszniły się puszyste loki spływające do połowy wąskich pleców. Nie trzymał oślej szczęki na kiju, tej straszliwej broni służącej rozłupywaniu czaszek konkurencji, ale też nie byłaby mu specjalnie potrzebna, w całym „75” miał wyłącznie przyjaciół.

— I jak? — zapytał wypinając zapadłą pierś.

— Imponujące — odparła.

— Chcesz zobaczyć jak ćwiczę?

— Niespecjalnie.

Przyciągnął Małgosię.

— Moja mała Lulu.

— Jeszcze nie.

— Już wkrótce. Chciałbym, żebyś zobaczyła, jak ćwiczę.

— Może innym razem?

— A jak twoje ćwiczenia?

— Jeszcze nie zaczęłam.

— Sądziłem, że poćwiczymy razem.

— Wolałabym, żeby Edek odwiózł mnie z powrotem.

— Jesteś zawiedziona?

— Owszem. Rozczarowuję się za każdym razem.

— Co cię z nim łączy?

— Z kim?

— Z tym Zdobniakiem?

— Nic.

Za drzwiami rozległ się dziarski głos Zygfryda:

— Gotowe, szefie.

— Chodź — stylista położył rękę na ramieniu Małgosi. — Chcę, żebyś zobaczyła jak ćwiczę. Viens! — pociągnął ją. — Viens, ma petite colombe!

— Nic z tego. Nie mam ochoty gapić się jak ćwiczysz.

— To piękny widok. Mam młode ciało. Ono gra, kiedy ćwiczę.

— Miałam ochotę na przejażdżkę, potem na spacer w parku, karmienie łabędzi ciastkami i paplaninę o niczym specjalnym.

— Więc poczekaj na mnie tutaj.

— Nie będę czekać na żadnego mężczyznę, choćby był tak doskonały jak sam Jezus? — spojrzała na niego pytająco.

— No, od pewnego czasu rozmyślam o tamtych dniach; o krzyżu, tunikach, chitonach, rzemiennych sandałach. Szafir nieba i lazur wody, beż skał, czerwień krwi pierwszych chrześcijan spłukana uporczywymi deszczami, perłowa biel łez wypłakanych na drodze wiodącej na wierzchołek Czaszki, rzymskie peleryny z zapinkami z brązu, kaduceusze, cierniowe kolce… funkcjonalność, prostota a zarazem jakie wyrafinowane połączenie materialnej natury i filozofii tego wielkiego kreatora idei.

— Do zobaczenia.

— Kiedy się spotkamy?

— Kiedy tylko będziesz miał na to ochotę. Przecież to takie oczywiste.

Czekający w korytarzu Zygfryd puścił do niej oko.

— Wspólne ćwiczonko?

— Nie tym razem. Twój pan pomyślał, że mógłby zostać Jezusem, a ja przecież nie jestem Marią Magdaleną.

Olbrzym zmarszczył niskie czoło, oczy zeszły mu się nad nasadą nosa, jak to zwykle u niego, kiedy brał się za myślenie. Zastanowił się głęboko nad słowami nowej kochanicy szefa, zwłaszcza nad tym fragmentem o Marii Magdalenie. Nigdy wcześniej o niej nie słyszał. Poczuł się dotknięty będąc przekonanym, że Jezus kręcił się wyłącznie w towarzystwie młodych, przystojnych facetów.

c.d.n.

© Copyright by Krystian Piwowarski, 2001



[ góra ]

e-czytelnia

TOP 10 miesiąca
lipca

Brak danych

TWOJA LEKTURA INTERNETOWA

Nie czytałaś/-eś jeszcze niczego w e-czytelni™!

KSIĄŻKI `e media`

„Z wróżb ułożone”. Zamów tę książkę w naszej księgarni

KSIĄŻKI
GRUPY HELION

: R E K L A M A :




INNE INTERNETOWE SERWISY e media

[ powrót ] | [ góra ]

 


 


Na tej stronie wykorzystujemy ciasteczka (ang. cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystanie z naszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies, umieszcza je w pamięci Twojego urządzenia. Więcej informacji na temat plików cookies znajdziesz pod adresem http://wszystkoociasteczkach.pl/ lub w sekcji „Pomoc” w menu przeglądarki internetowej.