Problem z bazą danych: odrzucone zapytanie Krystian Piwowarski: „Mysikrólik i sarna” :: eczytelnia.pl

e-czytelnia™ Wydawnictwa „e media” = literatura w internecie

e-czytelnia ` e media` - Strona główna

wersja e-czytelni™ dla urządzeń mobilnych Przejdź do treści

Internetowa czytelnia dobrym miejscem na Twój debiut literacki

Facebook



Krystian Piwowarski: „Mysikrólik i sarna” — odcinek 17.

Komentarze» Wersja mobilna»

17.

Leżał na pryczy, gryzł źdźbła z siennika i myślał o dniu, w którym wyjdzie na wolność. Jeśli, naturalnie, prokuratura dojdzie do wniosku, że nie jest groźnym przestępcą. Jeśli będzie odwrotnie, czeka go wydatek na adwokata. Będzie musiał również zapłacić odszkodowanie Aquariusowi. Szczęknął zamek w drzwiach. Do celi wszedł przygarbiony policjant w szarym mundurze, o siwych oczach, siwych skroniach i obwisłej, sinej twarzy. W ręku trzymał szarą miskę z szarym jedzeniem. Postawił ją na szarym stoliku pod zakratowanym oknem i przysiadł na pomalowanej na szaro pryczy przykrytej szarym kocem. Zlał się z tłem. Gdyby się nie odezwał, zadumany Jaś pewnie by go nie zauważył.

— Zjedz coś, chłopie

— Nie chce mi się.

Policjant przyglądał się aresztantowi natarczywie.

— Co się tak gapisz? — zapytał Jaś.

— Jeszczem nie widział seryjnego mordercy. Tylko na filmach.

— Powiem ci tylko tyle, że kiedyś poznałem jednego faceta w Zielonej Górze, barmana. I ten facet chwalił sobie, że jego córki są dziwkami. Wyobrażasz sobie? Wtedy trochę mnie to obeszło, byłem zakochany i głupi.

— Po coś ich zabijał. Z miłości? Tak, tak, przez kobiety faceci się wykańczają.

— Ten wasz komendant to debil, żeby uwierzyć w gadki jakiejś pindy z motelu.

— Tak to jest chłopie — policjant poklepał się po łysej, gruszkowatej czaszce pociętej fioletowymi żyłkami. — Tak to jest. Człowiek jest najpierw młody i głupi, a potem stary i jeszcze głupszy.

— Tak to jest — powtórzył Jaś jak echo.

— Moja stara była kiedyś młoda. Może to brzmi jak bajka, ale tak było. I wtenczas puszczała się z komendantem Kalfasem. Kiedy ja miałem służbę. Teraz już się nie szlaja, bo jest za stara. Wtenczas mi nie dawała, bo niby była zmęczona i te rzeczy, a teraz ani jej to w głowie. Zresztą mnie też. Tak to jest, chłopie. Człowiek się myli całe życie. I jeszcze potrafią cię wpieprzyć żywcem do piachu. Jak Kalfasa. Dopiero jak wylazł z trumny, bo go obudził stukot łopat, wszyscy się połapali, że konował się pomylił.

— Jak pomyślę, że wylądowałem w pudle, to chce mi się wyć. Takie to jest głupie.

— Życie jest głupie jak gówno. To, że jestem twoim strażnikiem, a ty więźniem też jest beznadziejnie głupie. A ta kobieta? Słyszałem, że zwiała ci sprzed ołtarza. Ta ze zdjęcia. Niezła cizia. Byłeś z nią w „Wesołych Domkach” przed tym, jak cię zgarnęli.

— Dużo o tym myślałem. Kiedyście mnie zwinęli z łóżka, miałem ochotę ją zastrzelić. Żebyś ty wiedział, co ja przez nią przeszedłem! Żebyś ty wiedział!

— Mnie możesz powiedzieć. Rozmawiam ze wszystkimi, co tu siedzą. Prywatnie, nie jestem kablem komendanta. Nazywają mnie Wielebny. Dla każdego mam jakąś radę. I potrafię wysłuchać. Kiedyś chciałem zostać księdzem, ale nie mogłem spamiętać psalmów.

— Nie będę nic mówił. Tylko dziecko i kobieta paplają bez ustanku.

— Widać, że nie byłeś nigdy strażnikiem.

— A niby dlaczego miałbym nim być? Nie lubię klawiszy. Jestem ubezpieczeniowcem.

— Nieużyty facet z ciebie — strażnik szturchnął miskę palcem. — Będziesz jadł, czy mam zabrać?

— Zabierz. Napluj i daj to wredne żarcie kochankowi twojej starej.

— On nie żyje. Pomylił po pijaku drzwi z oknem.

— Głupio cię nazywają. Ten motel też ma głupią nazwę. W ogóle widzę wszędzie same bzdury.

— Może ci odbiło? — postawił diagnozę Wielebny.

— Chyba tak. Każdemu na moim miejscu by odbiło. Wszędzie prowadzili ze mną idiotyczne rozmowy. Gdzie tylko przyjechałem. Jakby mieli mnie za durnia. Albo sami byli stuknięci. Z nikim nie można się porozumieć, ja o jednym, oni o drugim. Tak dalej nie można żyć.

— Jak? — zaciekawił się Wielebny.

— Jak w jakimś kawale. Życie jest zbyt tragiczne, żeby ciągle opowiadać o nim marne dowcipy. Jak ten, że kochaś twojej starej pomylił drzwi z oknem. Głupio gadasz, Wielebny.

— Głupio? Powiedziałem ci prawdę. To było okno w sypialni mojej starej. Ja miałem wtedy służbę. Kalfas przejechał się na tym, że był jej kochankiem, a ja, że jestem jej mężem. Nic nie zmyślam. Z kobietami nie ma mądrych. O ile bierzesz życie na serce, a nie na spryt.

— Człowiek za mało cierpi — oznajmił Jaś z przekonaniem.

— Ja mam prostatę.

— Nic z tego.

— Reumatyzm.

Jaś nadal był niezadowolony z odpowiedzi.

— Wrzody żołądka, hemoroidy, przepuklina, grzybica jąder. Mało?

— Mam na myśli cierpienie duchowe. Ból duszy. Człowieka nie bolą ani ręce, ani nogi, a chce się płakać.

— Moja stara jak sobie tęgo popije mówi, że kochała tylko jednego faceta w życiu. Komendanta Kalfasa. Nie jest przyjemnie tego słuchać.

— Czy to możliwe, że jedna chwila decyduje o całym życiu człowieka? — zastanowił się Jaś na głos mając na myśli fatalne konsekwencje spotkania w „Madrygale”. — Czy to sprawiedliwe, żeby jedna nędzna chwila, znacząca tyle, co pojedyncza kropla wody w oceanie, raz na zawsze skazała mnie na los jakiegoś cholernego wyrzutka?

Wielebny wzruszył ramieniem. Klepnął się w łysinę, splunął do miski z kartoflanką. Postanowił dać zupę nowemu komendantowi. Jego też nienawidzi, ponieważ jest młody i zdrowy, ma ładną, kochającą żonę, dzieci, samochód i inne rzeczy. Wyszedł powłócząc nogami po posadzce. A co do chwili, która zmienia człowiekowi życie, to jemu zmarnowała życie chwila, w której komendant Kalfas obudził się w trumnie, zanim na dobre nie przywalili go ziemią. Kiedy go z niej wyciągali, niezmordowany, zmartwychwstały pies Kalfasa niespokojnie wietrzył zapach ubranych w czerń kobiet stłoczonych ciasno nad dziurą w ziemi. Wszystkie one były kochankami powiatowego Rudolfa Valentino. Tak, tak, Wielebny pamięta ten dzień, jakby to było wczoraj. Jaś śnił, że płacze. A może płakał naprawdę? Obudził się o świcie z opuchłymi powiekami i w paskudnym nastroju. Jego długie nogi wystawały daleko poza wąską pryczę. Słyszał gdzieś, że mężczyzna o dużych stopach ma przyjemne, szczere usposobienie. Tacy faceci są otwarci, dobroduszni, wielkoduszni, hojni, za to faceci z małymi stopami to wredniaki.

— Są gorsi faceci ode mnie — wyznał dziurze w ścianie — a mimo to im się w życiu wiedzie, a mnie nie. Jestem ubezpieczeniowcem, ale prawdę mówiąc nienawidzę swojej pracy. Jest niemoralna. Wciskam ludziom ciemnotę, ile to zarobią, jak stracą kogoś bliskiego. No właśnie, czy sukces nie polega aby na tym, że nie należy być zbyt sentymentalnym?

Wydłubał kolejne źdźbło, zabrał się do cierpliwego żucia. W areszcie było cicho, sennie. Brzęczały muchy. Za oknem przejeżdżały samochody, za ścianą grało radio. Gdzieś w końcu korytarza rozległo się ciężkie szuranie artretycznych nóg Wielebnego. Towarzyszyły mu lekkie kroki. Jaś usiadł, wypluł źdźbło, podszedł do drzwi. Szuranie służbowych trepów Wielebnego i stukot obcasów zbliżały się.

— Małgosia? — szepnął Jaś.

Szczęknął klucz, w drzwiach pokazała się twarz strażnika.

— Jakaś cizia do ciebie, Skoczek.

— Cizia? — powtórzył Jaś.

— Chyba ta ze zdjęcia. Chcesz ją widzieć? Bo jak nie, to nie ma przymusu.

— Czy chcę ją widzieć? — powtórzył Jaś.

— Bo jakbyś nie chciał, to się da załatwić.

— Chcę.

— Na pewno?

— Niech się pan odsunie — zabrzmiał stanowczy głos Małgosi.

— Pięć minut — odparł Wielebny sucho. — Trzymaj się, chłopie — rzucił Jasiowi.

Zbliżył usta do jego ucha i szepnął:

— Niebezpieczna sztuka. Owinęła sobie komendanta dokoła palca. Nie patrz jej w oczy. Jak spojrzysz, to przepadniesz. To rusałka, bracie.

Do celi weszła Małgosia, zmęczona, niewyspana, z podkrążonymi oczami. Jeszcze nie szczęśliwa, raczej zadowolona ze słusznego, jak sądzi, wyboru. Pełna nadziei i dobrej woli. „Pomijając wszystko, czy mam inną możliwość?” — myślała.

Spojrzała na Wielebnego z odrazą, wymiotła go długimi rzęsami z pomieszczenia jak śmieć.

— Pięć minut! — warknął Wielebny za drzwiami.

— Przyjechałaś?

— Przyjechałam.

Jaś zamknął oczy. Kiedy je otworzył, Małgosia nadal tu była.

— Wróciłaś.

— Tak. I zamierzam zostać tak długo, jak długo ty tu będziesz.

— Dlaczego?

— Odłóżmy tę rozmowę na lepsze czasy.

— Czy takie czasy nadejdą?

Małgosia rozglądała się po celi. Wreszcie rzekła:

— Aquarius nie chce wycofać oskarżenia.

— Co zrobimy?

— Spróbujemy wyciągnąć cię stąd.

— Nie masz żadnego pomysłu?

Pokręciła głową. Jaś zacisnął pięści.

— Ja go naprawdę zabiję.

— Aquariusa?

— Tak. I Zdobniaka też.

— Zdobniak wyjechał do Afryki. A Aquarius jest w szoku. Okropnie się przestraszył.

— Spodziewam się. Faceci bawiący się igłą i nitką mają zajęcze serca. Żaden z nich nie potrafiłby walczyć gołymi rękami z niedźwiedziem.

— Pocałuj mnie — poprosiła.

— Cztery minuty — odezwał się Wielebny podglądając przez judasz.

Zabrzęczał kluczami na wielkim kółku. Jaś dotknął suchymi wargami suchych warg Małgosi.

— Żaden z nich nie był moim kochankiem — szepnęła.

I znowu Jaś poczuł na swoich ustach suche, gorące usta Małgosi. Taki smutny pocałunek bez namiętności. Chciał płakać, tak bardzo czuł się zawiedziony. Zrobiłby to, gdyby się nie wstydził. Zamiast tego powiedział z wielkim żalem:

— Byłaś taka wesoła, kiedy się poznaliśmy.

— Udawałam. Oboje mamy mało powodów do radości.

Jaś zwiesił głowę.

— Poza jednym.

Wstrzymał oddech. Czuł się jak skazaniec oczekujący na słowa łaski.

— Będziemy mieli dostatecznie dużo siły, żeby żyć na przekór światu. I to będzie źródłem naszego szczęścia. Bez względu na to, co będziemy robić, zawsze zachowamy pokorę i niewinność. Chciałabym, żebyśmy żyli jak moi rodzice.

Jaś nie miał pojęcia, jak żyli rodzice Małgosi, ale zgodził się. Żyli chyba nie najgorzej do czasu swojej tragicznej śmierci w lesie. Nie jak pies z kotem, ale zgodnie, w miłości przerwanej tym straszliwym wypadkiem.

— Dostałem mocno w kość — pożalił się.

— Przykro mi z tego powodu. Naprawdę przykro. Myślałam o tobie cały czas, gdziekolwiek byłeś. Jestem kobietą jednego mężczyzny. Odeszłam od ciebie, żeby się upewnić, że tak jest. Nie zawiedź mnie, proszę.

Jaś milczał. Zbierał myśli, co trwało dość długo.

— Potrzebujesz mnie? — zapytała zaniepokojona.

Odszedł w drugi koniec celi. Zastanawiał się odwrócony. Wielebny za drzwiami spocił się z wrażenia.

— Jaś? — Małgosia zrobił krok.

— Dużo o tym myślałem — odparł po chwili. Małgosia nie dosłyszała w jego głosie pretensji, żalu, zawodu. — Zastanawiałem się nad swoim życiem. Nie było ono mądre — podniósł wzrok, spojrzał na zakratowane okienko i westchnął. — Zawsze chciałem poznać skromną dziewczynę. Bałem się światowych kobiet. Zdobniak umiał otaczać się takimi wyrobionymi, bezwstydnymi dziewczynami, a ja bałem się kompromitacji, wyobrażałem sobie, że opadną mi spodnie na środku ulicy lub coś w tym rodzaju i wszyscy zobaczą, że nie dość, że się szlajałem, to jeszcze, jak ostatni frajer, dostałem czerwonych pryszczy na genitaliach i plecach, bo takiemu beznadziejnemu amatorowi trafi się najgorsza, najgłupsza, zarażona, parszywa, najtańsza dziwka pod słońcem. Miałem poczucie winy zanim cokolwiek zrobiłem. Okropne, jeśli mężczyzna boi się. Nawet, jeśli chodzi o płatne kobiety. Szczególnie, gdy chodzi o nie. O Boże! Zawsze bujałem w obłokach, byłem naiwny i mało przedsiębiorczy, bez własnego zdania. Wydaję się sobie śmieszny. Szczególnie po ostatnich wydarzeniach — zwrócił zmieszaną twarz do Małgosi. — Nie winię ciebie. Chcę to powiedzieć wyraźnie, nie obwiniam cię za to, co mi się przytrafiło. Przepraszam cię również za mojego ojca. Nie był w stosunku do ciebie uprzejmy. Rozczarowany mężczyzna w jego wieku staje się przykry. Od jakiegoś czasu boję się, że mnie też to czeka. Myślę, że jest się albo kimś niezależnym i cynicznym, albo taką łajzą, jak mój stary. Wiem, że nigdy nie będę podobny do Zdobniaka, natomiast wszystko wskazuje na to, że odziedziczyłem wiele cech po moim ojcu… obawiam się, że sukinsyn nie zgodzi się na nasz związek.

— Będziemy jak Julia i Romeo — Małgosia spróbowała zażartować. — Im też zabraniano się kochać.

— Najśmieszniejsze jest to, że choć tak jestem do niego podobny, nigdy nie liczyłem się z jego zdaniem.

— To chyba nie ma większego znaczenia.

— Pogardzałem nim.

— Możesz to zmienić.

— Zastanawiam się, czy to oznaka wewnętrznego skłócenia z sobą samym? Nie podobam się sobie. Myślę, że gardząc nim gardziłem sobą. Tak to było.

Wielebny otworzył szeroko drzwi celi dzwoniąc kluczami i krzycząc:

— Koniec widzenia! Zamykamy!

— Jak twoja noga? — zapytała Małgosia.

— W porządku.

— Jestem z tobą.

— Okej.

— Gadanie! — rzucił Wielebny gniewnie.

Zatrzasnął drzwi z hukiem. Jeśli o niego chodzi, to jest to tylko strzępienie jęzora po próżnicy. Jak wtedy, kiedy on wyznawał miłość swojej żonie. Albo kiedy ona wyznawała miłość swojemu kochankowi.

Małgosia zamieszkała w „Wesołych Domkach”. Niedługo potem Jaś wyszedł na wolność. Sąd, do którego miejscowa prokuratura zwróciła się z wnioskiem o areszt tymczasowy, zdecydował, że młody Skoczek może odpowiadać z wolnej stopy. Małgosia namówiła ukochanego, żeby jeszcze jakiś czas nie wracali do wielkiego miasta. Chodzili więc na spacery nad zalew, rozmawiali, wyjaśniali, obiecywali, dzielili się wrażeniami. Co dzień opatrywała mu nogę poturbowaną przez Pepina. Jasia wprost rozrzewniła informacja, że Małgosia leczyła się u doktora Dziobasa z niepłodności i że bardzo chce mieć z Jasiem dzieci. Już samo to wystarczyło, żeby wszystko jej wybaczył. Gdyby miał jeszcze jakieś wątpliwości, rzecz jasna. Gdyby je miał.

— Największą zagadką człowieka jest on sam — wyznał kiedyś.

Leżeli na zboczu pagórka, w cieniu wielkiego, samotnego dębu, o którym od razu pomyślał, że jest symbolem zmagań i wytrwałości ich obojga. W międzyczasie Izabela dosłała trochę pieniędzy. Walter Skoczek czuł się już znacznie lepiej, często wychodził z domu do fanklubu „Nowego Patriarchy” zrzeszającego niezależnych mężczyzn w różnym wieku, którzy oswoili się z myślą, że są rogaczami, ale zamierzali skończyć przynajmniej z pantoflarstwem. Prezesem klubu był Bogumił Dziobas, kawaler. Dziobas nie miał żony, plus dla niego, ale czuł się podle permanentnie zagrożony hymenem. Choroba zawodowa ginekologów. Na zebraniach klubowych lekarz i członkowie wznosili oczyszczające okrzyki: „Nie damy się!”. Puszczali sobie filmy z Milacem. Walter kupił hantle i zakomunikował Izabeli, że dzięki Bogumiłowi odnalazł swoją drogę życia. Zainteresowania giełdą, kapitalizmem, demokracją, polityką, tym „cyrkiem tresowanych pcheł” jak zwykł od pewnego czasu mawiać, to przeszłość. Jesienią wyjeżdża na kongres pantoflarzy i rogaczy do Szczawnicy. Pracuje nad referatem, którego wygłoszenie zaproponował mu nieoceniony Bogumił. Referat będzie nosił tytuł: „Formy społecznej mimikry i rola progresizmu mężczyzn w świecie pankobiecej agresji” i jest z grubsza powtórzeniem Dziesięciu Tez Patriarchalnych wygłaszanych na łamach miesięcznika „Nowy Patriarcha”. Uczestnicy kongresu nie spodziewają się zresztą niczego innego, w wystarczającym stopniu zagrzewając się do walki z kobietami prawdami szowinistycznego dekalogu. Trwała walka o rządy nad dziećmi, rodziną, domowym budżetem i światem, a także o prawo do smarkania w świeżo wyprane zasłony i wrzucania ogryzków za kanapę. Zrzeszeni w fanklubach całego kraju uczęszczali na pokazy damskiego boksu, traktując je jako jeszcze jeden rytuał misteryjny. Podczas pierwszego pokazu w hali trzecioligowego klubu koszykówki Walter pojął istotę swojej pomyłki. Stosował mianowicie dwie miarki, jedną wobec siebie i kolegów z pracy, a drugą wobec Izabeli i kobiet w ogóle. Był zbyt liberalny, za miękki, a wystarczyło wziąć babę do galopu, traktować bez taryfy ulgowej, z całą surowością obyczaju i języka, z jaką jego koledzy z biura traktowali swoje kobiety. Mówili: „Zalazła mi cholera za skórę”, albo: „Porachuję jej gnaty jak wrócę do domu”. Młodego idealistę Skoczka oburzały takie słowa, on kupował Izabeli purpurowe róże. W purpurowych różach było jej do twarzy. Miała kruczoczarne pukle. Po latach zorientował się, że je farbuje, naprawdę miały barwę mysiej sierści. A te bujne loki sięgające połowy pleców to była treska. Potrzebował kilkunastu długich lat, żeby odkryć prawdę o swojej española mujer. Obserwując spocone kobiety tłukące się pięściami po twarzach i ciągnące za włosy pytał sam siebie: „Na miłość boską, dlaczego tak nie robiłem? Gdzie ja miałem oczy?” Podczas spotkania ojca z synem Walter wręczył Jasiowi deklarację członkowską klubu i zaproszenie na kongres w Szczawnicy. Małgosia i Izabela podsłuchiwały w kuchni. Jaś podarł deklarację oznajmiając, że Bogumił Dziobas nie jest dla niego autorytetem:

— To ćpun. Sekciarz. Najpierw walisz go w łeb, a potem zostajesz jego kumplem. To jest niepoważne. Dziecinada.

Walter nieco się zmieszał.

— Przyznaję, postąpiłem jak ciemny poganin wzbraniający się przed przyjęciem nowej wiary, jak jeden z tych głupków, którzy zabili świętego Wojciecha, ale ostatecznie przejrzałem na oczy.

— Mam to gdzieś — odparł Jaś krótko.

— Nie dostrzegasz w tym elementu metafizycznego? Cudownego nawrócenia? Łaski wiary?

— Nie.

— Nadal jesteś ślepcem.

— Możliwe, ale przynajmniej nie widzę tego całego kretyństwa.

— Więc nie chcesz się do nas przyłączyć?

— Nie. Nie sądzę. Po co?

— Po tym, co przeszedłeś?

— Tym bardziej nie, tato. I tak tego nie zrozumiesz. Mam żal do ciebie, że znowu zaprzyjaźniłeś się ze Zdobnym, moim śmiertelnym wrogiem. Po prostu nie układa ci się z matką i wszystkim masz za złe.

— Jak śmiesz mówić do mnie tym tonem! — Walter nie wytrzymał. Spurpurowiał. — Myślałem, że pudło uczyni z ciebie mężczyznę! Miałeś ją wywieźć do lasu i ukatrupić! Tak się umawialiśmy! A ty dałeś się zamknąć jak ostatnia dupa! Zgubiłeś po drodze honor! Klnę się na tę skórę — wskazał na niedźwiedzie futro rozwieszone na ścianie, w miejscu, gdzie jeszcze niedawno wisiała wielka tablica z giełdowymi notowaniami dnia — że wygonię cię z domu, jeśli nie wywieziesz jej do lasu, nie zabijesz i nie przyniesiesz mi jej złośliwego języka na dowód, że wypełniłeś nakaz Patriarchów!

— Nie powiesz mi chyba, że naprawdę w to wszystko wierzysz? — zdumiał się Jaś.

— Odrzucasz wyzwania epoki! Mamy dwutysięczny piąty rok! Przed nami stają nowe zadania! Musimy zrzucić kajdany fałszywej moralności… mogłeś ją przynajmniej wywieźć do lasu i zostawić, już ten niedźwiedź wiedziałby, co z nią zrobić.

— Mam gdzieś wyzwania epoki!

— Jak śmiesz! — powtórzył Walter. — Wielu ojców przychodzi do klubu z synami. A Bogumił jest równym facetem, jego pomysły warte są góry złota.

Jaś milczał.

— Wiem od twojej matki, że znowu chcesz się spiknąć z tą…

— Proszę, żebyś się wyrażał o Małgosi z szacunkiem.

— Ta kobieta stanie się kością niezgody. Ostrzegam, synu, Ewa skusiła Adama robaczywym jabłkiem. Zobacz, jakim frajerem może być facet. Daliśmy się wypędzić z raju sami, jak ostatnie dupki, i najwyższy czas powrócić do niego. Parę tysięcy lat harówy tylko po to, żeby wsadzić głowy w pętlę obiecanek cacanek i świecić gołym tyłkiem w ciemnościach, jakie nas opadły. Trzeba się wziąć do roboty. Ten niezrównany chłopak, Zdobniak, zapisał się do klubu, został misjonarzem, ma status członka-korespondenta i wierz mi, synu, będzie z całą gorliwością szerzył nasze idee wśród Murzynów! Precz z małżeństwem! Niech żyje konkubinat! Przestań dmuchać w kij, Jasiu! Czas, żebyś wyrósł z krótkich spodni i odrzucił mrzonki o partnerstwie w małżeństwie! Facet, który siedzi i klawisz, który go pilnuje, nie są na równych prawach. Albo my je, albo one nas. Dawniej powodziło się nam lepiej, w czasach, kiedy jedna z drugą mogły zarobić pałą w łeb i nikt nie ciągał człowieka po sądach za znęcanie się, molestowanie seksualne i tym podobne brednie. Ty nie pamiętasz tych czasów. Jak możesz je pamiętać? Zresztą ja też ich nie pamiętam, to było grubo przed Chrystusem. Bogumił mówi, że historia lubi się powtarzać. On ma wehikuł czasu…

Twarz Waltera rozświetlił uśmiech mający niewiele wspólnego z rzeczywistością. Skoczek senior został wniebowzięty.

— Ostatnio po grzybach Bogumiła żyłem beztrosko z jednym facetem z Pułtuska w jaskini nad jeziorem. Było bosko, piekliśmy mięso kopalnego żółwia nad ogniskiem. I ani jednej baby na horyzoncie.

Jaś uznał, że jego ojciec dostał się nieodwołalnie pod wpływy mistyka Dziobasa, teoretyka ruchu wyzwolenia mężczyzn. Biedny tato, potrzebował tak niewiele czasu, żeby zgłupieć. Zostawił go rozmarzonego w fotelu. Pożegnał się z matką wymalowaną jak ostatnia i oboje z Małgosią pojechali do domu Zdobniaka. Jeszcze w Czorsztynie postanowili wyjechać gdzieś daleko, może nawet za granicę. Jak tylko wyjaśni się sprawa Aquariusa. W skrzynce na listy zastali pocztówkę; Zdobniak życzył im pomyślności, pociechy z dzieci i tak dalej. Ileż było w tym gryzącej ironii i złej woli!

— Nabija się z nas — stwierdził Jaś — szydzi ze mnie. Nędzny łajdak. Gdybyś słyszała, jak błagał, żeby go nie zabijać. Obiecywał swoje kosztowności, podobno nawiózł tego z Afryki. Mało nie narobił w portki! I jak ojciec śmiał się z nim zwąchać? I z tym konowałem hochsztaplerem? Nie rozumiem postępowania mojego starego.

Głos Małgosi zabrzmiał ciepło i kojąco:

— Zapomnij o Dziobasie, nie będę się u niego leczyła. Nie myśl źle o swoim ojcu, w gruncie rzeczy jest godzien litości i niekoniecznie to uczucie musi się brać z faktu, że Izabela była potworem. Wiele kobiet, zwłaszcza brzydkich, stara się złapać męża, a potem za wszelką cenę utrzymać go przy sobie. Często trwa to całe życie. To ta przeklęta samotność, nie ma od niej ucieczki, ona popycha ludzi do popełniania szaleństw. Zapomnij również o Zdobniaku. Cokolwiek powie, napisze lub zrobi, nas to nie będzie dotyczyć. Chciałam ci dokuczyć, to prawda. Ale nie jestem pewna, czy właśnie z tego powodu poznałam Aquariusa. Może nie mogłam poznać nikogo innego, bo nikogo innego nie ma? Jak sądzisz?

Jaś mruknął w odpowiedzi niewyraźnie.

— Być może wszystko, co ostatnio robiłam, było i jest nadal pragnieniem znalezienia sensu?

Zatoczyła ramieniem półkole. Jaś był cały obolały. Wlepiał wzrok w zimne palenisko kominka ozdobione żeliwną osłoną z napisem: „Fabryka Odlewów Kandyda Poliwki”. Krótko zastanowił się, jakim człowiekiem jest Kandyd Poliwka, czy też ma takie kłopoty jak on? Jeśli nie, to chętnie zamieniłby się z nim skórą. Bał się spojrzeć na Małgosię, było w niej tak dużo niezrozumiałej zawiłości. Nazywanie jej kobiecą przekorą byłoby zaledwie odbębnieniem poważnego problemu. Dotychczas unikał poważnych problemów. Nie cierpiał ich. Doszło do tego, że chętnie zamieniłby się w psa, żeby tylko pozbyć się tych wszystkich zgryzot i odpowiedzialności.

— Okropnie przeżyłam to, co się stało z moimi rodzicami. Oboje bardzo mnie kochali. Byłam dostatecznie duża, żeby w pełni zrozumieć, co się stało. Rozpacz i samotność były pierwszymi dojrzałymi uczuciami, jakich doświadczyłam. Nie potrafię się cieszyć wieloma rzeczami, którymi cieszą się inni, świat ma dla mnie o wiele więcej nierozwiązywalnych problemów niż dla ciebie. Pamiętasz swoje słowa o cierpieniu, które uszlachetnia?

Kiwnął głową, wzruszony.

— Przyznaj, że mówiłeś to po to, żeby mnie poderwać? Dziwny sposób zwrócenia na siebie uwagi.

Mimowolnie pokraśniał.

— Chciałeś mnie zaintrygować, prawda? Udało ci się.

— Och! — Jaś machnął ręką.

Nie miał pojęcia, czy ma się wstydzić, czy być zadowolonym. Chyba i tak, i tak. W ustach tej dziewczyny wszystko brzmi tak dziwnie, że nie wiadomo, o co naprawdę jej chodzi. Jedno zdanie, jedno głupie słowo może być jednocześnie pochwałą i naganą. I bądź tu mądry człowieku. Bądź mądry i pisz wiersze! W każdym razie nie dał po sobie nic poznać, w tej sytuacji najstosowniejsza będzie zbolała powaga. Ogólne mętniactwo.

— Miałem na myśli cierpienie.

— Jakiego rodzaju?

Znów się zaczerwienił. Opuścił głowę.

— Duchowo-seksualne. Nie miałem dużych doświadczeń z kobietami, za to wyobrażenia, których się bałem. Robota starego. Na przykład opowiadał mi o oślizłej wilgoci, o czymś lepkim i ciągnącym się, mówił o tym: „obrzydliwa wydzielina”.

Mógłby jeszcze długo opowiadać o swojej seksofobii w szkole średniej i na studiach, o nieudanych penetracjach i tak dalej. Litania żalów, konfesyjna spowiedź nieszczęśnika, któremu ojciec zawiązał siusiaka na węzeł.

— Jestem jego ofiarą — zakończył. — Rozumiesz teraz?

— Rozumiem. To tragiczne.

— Rzeczywiście, tragiczne. Nigdy nie będziesz wykorzystywać przeciwko mnie moich słabości?

— Nie będę, Jasiu. To byłoby niegodne.

Uspokojony wsadził ręce w kieszenie spodni i odszedł pod okno.

— Ofiara własnego ojca — powtórzył. — Izaak, syn Abrahama.

Po kolacji zamierzali wejść do łóżka na górze, Jaś za nic nie położyłby się w tym okrągłym orgazmotronie Zdobniaka, gdy przed dom zajechała Rita w czarnym garniturze z różowymi klapami i oznajmiła bez wstępów, że Aquarius pragnie się widzieć z Jasiem.

— Kiedy? — zapytała Małgosia.

Jaś milczał.

— Jutro przed południem.

— Po co?

— Aquarius jest w krytycznym stanie.

— Chcecie skonfrontować Jasia z adwokatem?

— Nie tym razem.

— Co mu jest? — wtrącił Jaś. — Nie może się zdecydować, kim ma być? Może Rabindranatem Tagore?

Rita zbyła uwagę milczeniem. Żart samemu Jasiowi wydał się płaski i bez treści. Mało optymistyczny, mimo wszystko. Jeśli weźmie się pod uwagę okoliczności.

— Będziemy — odparła Małgosia za nich oboje.

c.d.n.

© Copyright by Krystian Piwowarski, 2001



[ góra ]

e-czytelnia

TOP 10 miesiąca
lipca

Brak danych

TWOJA LEKTURA INTERNETOWA

Nie czytałaś/-eś jeszcze niczego w e-czytelni™!

KSIĄŻKI `e media`

„Rodzina”. Zamów tę książkę w naszej księgarni

KSIĄŻKI
GRUPY HELION

: R E K L A M A :




INNE INTERNETOWE SERWISY e media

[ powrót ] | [ góra ]

 


 


Na tej stronie wykorzystujemy ciasteczka (ang. cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystanie z naszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies, umieszcza je w pamięci Twojego urządzenia. Więcej informacji na temat plików cookies znajdziesz pod adresem http://wszystkoociasteczkach.pl/ lub w sekcji „Pomoc” w menu przeglądarki internetowej.