e-czytelnia™ Wydawnictwa „e media” = literatura w internecie

e-czytelnia ` e media` - Strona główna

wersja e-czytelni™ dla urządzeń mobilnych Przejdź do treści

Internetowa czytelnia dobrym miejscem na Twój debiut literacki

Facebook



Krystian Piwowarski: „Mysikrólik i sarna” — odcinek 3.

Komentarze» Wersja mobilna»

3.

Robert Zdobniak przywiózł kumpla spitego jak bela, w byle jak zapiętych spodniach i rozchełstanej czarnej koszuli pokrytej rysunkiem drobnych, fioletowych i różowych, oczu. Jakby kocich. Wywlókł go z samochodu, posadził na chodniku i zadzwonił do furtki. Drzwi domu o bogatej i skomplikowanej architekturze otworzyła Izabela w oranżowym szlafroku. Kiedy w zgiętym ciele rozpoznała syna, zawołała wrzaskliwie męża. Walter, w piżamie, ze skupionym wyrazem twarzy studiował artykuły gazetowe poświęcone zagadnieniu importowanych pasz. Izabela nie dawała za wygraną. Gotując się w środku podszedł do drzwi, gotów na wymianę ciosów.

— Przywiozłem Jasia, panie Skoczek — poinformował Zdobniak poruszając z trudem drewnianą szczęką i opuchłymi ustami.

— Widzę. I co dalej?

— Pewnie chciałby się przespać.

— On już śpi. Niech wejdzie… to znaczy dawaj go.

Zdobniak wtaszczył Jasia przez furtkę i wniósł na schody. Ułożył u stóp małżeństwa Skoczków. Izabela była wściekła.

— Można wiedzieć, gdzieście się tak urządzili? — zapytała.

— W klubie ekonomistów, proszę pani.

— Co to takiego? Jakiś burdel?

— Klub młodych biznesmenów. To teraz modne.

— Wnieś go, chłopcze — rzekł Walter.

— Sam? Nie dam rady.

— Na wojnie kolega ratował koledze życie zdobywając się na tytaniczny wysiłek.

— Teraz nie ma wojny.

— Jest. Niewidoczna. Są ofiary.

Zdobniak mozolił się z Jasiem przeklinając w duchu koleżeństwo i paranoiczną teorię Waltera. Najpierw ukląkł, następnie zarzucił sobie na plecy dziewięćdziesiąt kilo cholernej rąbanki i, trzymając się płotu, powstał. A kiedy już stał, ział szeroko otwartymi ustami, chwiał się na słabych nogach, przed oczami latały mu czerwone plamki, pękał kręgosłup, szumiało w uszach.

— Dalej… nie dam… rady — wychrypiał.

— Co tak stoisz? Pomóż mu — Izabela trąciła męża.

Z udawaną pomocą Waltera, stary złośliwiec podtrzymywał stopy Jasia, jakby miały mu odlecieć, a przecież nie o stopy tu chodziło, Tytan wtaszczył ciało do bawialni, a tam rzucił na kanapę. Izabela głośno zauważyła, że ciało śmierdzi alkoholem i damskimi perfumami.

— Dzielny chłopak — rzekł Walter.

Nie pozwoliła zanieść syna do pokoju na górze.

— Małgosia śpi, dałam jej proszki. Może powiesz obwiesiu, coście z nią zrobili?

— Po prostu wyszła z „Madrygału” i zniknęła. Jasiek był zrozpaczony, pomyślałem, że dobrze mu zrobi, jeśli się trochę rozerwie… no i wypiliśmy.

— Czy wiesz, że Małgosia ma być jego żoną? I czyja to koszula? Nie jego. On nie cierpi czarnego koloru. To oczy? Tak? Nigdy bym mu nie kupiła czegoś tak idiotycznego.

— Zapewniam, że tylko popiliśmy. Taki wieczór kawalerski.

Walter Skoczek uśmiechnął się przyjaźnie, z nagłym rozrzewnieniem.

— Co to takiego, chłopcze? — zagadnął.

— Jest z pana zbyt twardy facet, żeby nie wiedzieć.

— Miły drań — zachichotał Walter. — Wstąpisz na chwilkę? Mam niezłą brandy.

— Umiem docenić pana uprzejmość, panie Skoczek, ale naprawdę nie mogę. Może innym razem?

— Na ślubie Jasia?

— Stoi, panie Skoczek.

— Uważam, że źle robi wiążąc się z tą kobietą.

— Tak już bywa, panie Skoczek. Ale Jaś to twardy chłopak, wrodził się w pana. Da sobie radę.

— Tak uważasz?

— To chłopak z jajami. Ani on, ani pan nie musicie tego udowadniać.

Skoczek-senior zamruczał coś pod nosem.

— Faceci z jajami muszą się trzymać razem — ciągnął Zdobniak jakoś tak automatycznie.

Nie wiedział, dlaczego to mówi. Jakby chciał sobie samemu dodać otuchy. — Już ja nie dam mu zginąć — zapewnił.

— Chcesz mi dać coś do zrozumienia? — ojciec Jasia pochylił się.

Izabela ani myślała odejść.

— Broń Boże. Mówię, jak jest. Jaś ma jaja, ja mam jaja i pan też je ma. To wszystko.

— Ty też uważasz, że robi błąd?

— Miłość jest ślepa, panie Skoczek. Nie umiałem przemówić mu do rozumu.

— Mógłby jeszcze użyć życia.

— Akurat — wtrąciła Izabela. — Małżeństwo, to najlepsze, co go mogło spotkać. Zobacz, twój syn upija się do nieprzytomności, zadaje z dziwkami i chodzi w cudzych koszulach! On potrzebuje solidnej dyscypliny.

— Jemu będzie potrzebny wierny druh, a nie jakaś cholerna dyscyplina — Walter Skoczek spoglądał wyczekująco.

— Też tak uważam. Pan i Jaś możecie na mnie liczyć — zapewnił Zdobniak.

Walter poruszał powoli szeroką szczęką, Izabela zagryzała nerwowo wargi. Zostawił małżeństwo Skoczków pogrążone w zadumie i odjechał. Ledwo widział na oczy. Był zniechęcony, w wyjątkowo podłym nastroju. Umysł zaprzątały mu myśli o niezwykłej dziewczynie, która jutro zostanie żoną palanta. Natomiast facet pełen czaru, wyobraźni erotycznej, inteligentny, dowcipny, światowy, prawdziwe ciacho i ozdoba towarzystwa będzie drużbą. Czuł, że został wykluczony z przyjemnej przyszłości. Czuł nieokreślony, dziwny niepokój.

 

Małgosia i Izabela w ciągu dnia wysłały zaproszenia, rozplanowały miejsca dla gości, zadzwoniły do „Weselnego Jadła” akceptując menu, odwiedziły dom mody „Śluby, Pogrzeby i Inne Niezwykłe Okazje” oraz wybrały strój dla panny młodej, zachwycający i stosunkowo niedrogi. Jeszcze raz zaaranżowały pomieszczenia, w których przyjdzie żyć młodym Skoczkom. Z wyłączeniem sypialni.

— Sypialnia to twój problem, kochanie — oznajmiła doświadczona Izabela. — Nie pozwalaj mu, jeśli sobie nie zasłużył. Wiesz, co mam na myśli. Tak traktowałam Waltera i miałam spokój. Seks to nasza jedyna broń. Łapka na muchy. Jak się jakaś przyklei, ty dyktujesz warunki. A jeśli czasem wyskoczy w bok… cóż, podobno mężczyźni nie mogą się bez tego obyć. To ma jakiś związek z testosteronem.

— O kim mówisz?

— O twoim mężu, oczywiście. Jesteś taka roztargniona. Nie wolno ci tracić czujności, Jaś to trudny chłopak.

Jaś spał do wieczora. Po przebudzeniu od razu zszedł na dół sprawdzić czy narzeczona wróciła. Kobiety przygotowywały wybuchające torebki z confetti. Widok Kopciuszka zgarbionego nad kuchennym stołem wzruszył go do głębi.

— Przecież to można kupić, mamo. Po diabła ma się tak męczyć?

— Posłaniec od Kożucha przyniósł twoje ubranie — poinformowała matka chłodno. — Wisi w przedpokoju.

Poszedł po nie. W kieszeni natknął się na białą paczuszkę przewiązaną błękitną tasiemką. Musiał przyznać, że Małgosia ma sporo taktu, mogła przecież przeszukać kieszenie. Dziewięć kobiet na dziesięć tak by właśnie zrobiło. I na dodatek zaczęło knuć jakąś arcyzłośliwą intrygę, żeby się tylko odgryźć. Z ubraniem wrócił do siebie. W paczuszce były szwedzkie prezerwatywy i fragment pieśni Bilitis.

— W gruncie rzeczy oni nie mają w sobie żadnej tajemnicy istnienia. Kreują się na intelektualistów i estetów — mruczał do siebie, z zawodem szczypiąc barwnego kondoma — ale niczym nie potrafią zadziwić. Tylko jedno im w głowie. Nie mógłbym żyć z takim pod jednym dachem. Nawet z artystą. Z futurystą to samo.

Dobrą godzinę tarł ciało szczotką. Potem wylał do szklanki flakon seledynowej wody po goleniu „Pasja Występku” i włożył do środka wyszorowanego farciarza. Przez łzy przyglądał się jego śmiesznie skróconej perspektywie. Wytrzymał kilkanaście długich jak wieczność sekund, bo też cierpiał, jakby włożył dyndusa do wrzącej frytury; przebierał nogami, podskakiwał, gryzł wargi, ział, syczał, płakał, dygotał, wykrzykiwał: „O, Jezuniu, co za ból!”. Tuż przed popadnięciem w obłęd wsadził małego pod strumień zimnej wody.

— Jeśli byliście tam, podstępni Grecy, to już po was!

Miał na myśli mikroorganizmy chorobotwórcze chowające się w fałdach napletka. Na koniec natarł żołądź kremem bakteriobójczym „Gładkie Tłoki”. To mu poprawiło nastrój i krążenie. Płynem bakteriobójczym „Klinika Doktora Czystego” przepłukał jamę ustną. Był gotów, wydezynsekowany. Kiedy tego wieczoru wszedł do kuchni po raz drugi, matka i Małgosia właśnie kończyły robienie wybuchających torebek. Pocałował narzeczoną w blady policzek.

— W porządku? — zapytał.

Delikatnie zacisnął zęby na koniuszku ucha, słyszał, że kobiety to lubią. Małgosia kiwnęła głową.

— Wiesz, to taki męski klub w angielskim stylu. Kawalerski wieczór, męska przygoda z kieliszkiem dobrego koniaku. Poważni biznesmeni, dziennikarze, ludzie sztuki, wymieniamy się uwagami na temat rynku, akcji, obligacji… nudziarstwo.

— Tak, Jasiu, rozumiem.

— Dlaczego uciekłaś z „Madrygału”?

— Źle się poczułam. Nie chciałam wam psuć spotkania. Tyle lat się nie widzieliście, mieliście tyle interesujących tematów do obgadania.

— Ona jest dla ciebie za dobra — wtrąciła Izabela. — Nie umiesz tego docenić.

— Doceniam.

— Tymczasem musiałyśmy odwalić twoją robotę. Nie miałyśmy czasu zająć się porządnie strojami.

— Nikt wam nie kazał robić tych cholernych torebek. To jakaś nowa moda?

— Nowa nie nowa. Teraz nie sypie się ryżu, bo ryż zjadają ptaki, głównie gołębie i od tego giną, jeśli chcesz wiedzieć.

— Nie wiedziałem.

— Ty w ogóle mało wiesz. To przede wszystkim kwestia pewnych zasad. Ani ty, ani twój ojciec nigdy nie będziecie w stanie tego pojąć. Przeszkadza wam wasz męski egoizm. A poza tym wybuchające torebki są symbolem obfitości. Żeby zapewnić sobie szczęście. Ale coś mi się zdaje, że tej biednej dziewczynie nawet eksplozja atomowa nie zapewni z tobą szczęścia. Jeśli chcesz wiedzieć, to nie wierzę, że piłeś całą noc ze Zdobniakiem.

— A co robiliśmy twoim zdaniem?

— Zabawialiście się z dziwkami w jakimś burdelu. Tak, jak to robił twój ojciec, twój dziadek i ojciec twojego dziadka. Wszystko dziwkarze z poznańskiego. Przepraszam, moja droga, ale musiałam to powiedzieć. Musisz wiedzieć, do jakiej rodziny wchodzisz.

Małgosia pochyliła głowę, Jaś poczerwieniał z oburzenia.

— To kłamstwo! Piliśmy i wspominaliśmy dawne czasy!

— Dawne czy nie, wasze czasy zawsze wypełnione były zadawaniem się z dziwkami. Jak świat światem. Jeśli nie zdradzasz jej czynem, to zdradzasz słowami i myślami. A ja potem muszę prać twoje prześcieradła. Tak już jest. Biedne dziecko! — Izabela pogłaskała Małgosię po policzku. — Nie martw się, już my się za niego weźmiemy.

— Może coś się tam i przypomniało, mnie czy Zdobnemu, ale kocham Małgosię i nie zamierzam, jak się wyraziłaś, zdradzać jej czynem i słowem. Ani nawet pomyślunkiem.

— Podobno ty, twój ojciec i Zdobniak należycie do klubu posiadaczy jaj. Ciekawe, do czego są mężczyźnie potrzebne jaja, jeśli nie do wymachiwania nimi na lewo i prawo? Powiadam, że ona jest za dobra dla ciebie, łobuzie.

— To się jeszcze okaże! — Jaś wyszedł z kuchni.

Chętnie trzasnąłby drzwiami, gdyby kuchnia je miała. Zamiast nich był mały tympanonik wspierający się na dwóch jońskich kolumnach, dzieło dekoratorów wnętrz, powstałe z inspiracji niespożytej Izabeli. Kobiety milczały, więc Jaś przestał podsłuchiwać i demonstracyjnie wszedł na górę waląc butami w schody. Najpierw postanowił porozmawiać ze swoją narzeczoną i poruszyć zasadnicze problemy, potem doszedł do wniosku, że mogłaby podejrzewać go o wyrzuty sumienia lub coś podobnego, a wiadomo, że ma się wyrzuty, kiedy się zgrzeszy czynem, a nie tylko myślą. Zatem poruszy zasadnicze zagadnienia później, po ślubie. Ważne, że dokonał w duszy rachunku sumienia. Te drobne nieporozumienia są bez znaczenia. Zresztą Małgosia okazała wiele zrozumienia i skromności.

— Jak to bywa w balecie, jeden drugiego gniecie — stwierdził filozoficznie.

— Jaś? — w drzwiach pojawił się ojciec.

— Tak, tato?

— Mam tu coś w sam raz dla nas — Walter uniósł rękę z butelką brandy i dwoma kieliszkami. Wyglądał na osamotnionego. Od jakichś trzydziestu lat. — Jutro będziesz żonaty, cholera — powiedział to takim tonem, jakby jego syn miał jutro umrzeć na szafocie. Miał też taką minę. — Powinniśmy porozmawiać.

— Czujesz się rozbity po tej wiadomości o krachu „Polskiej Blachy”?

— Trochę.

— Dużo straciłeś?

— Pluję na takie rewelacje! — Walter splunął na dywan, rozmazał ślinę końcem zdeptanego kapcia. — Wiedziałem, że sektor stalowy to złodzieje na złodziejach i do tego powiązani z mafią węglową. Kupowałem z asekuracją. Chodzi mi o coś innego — nachylił się konfidencjonalnie. — Przyszedłem udzielić ci kilku rad. Jeśli zechcesz je przyjąć, rzecz jasna.

— Naturalnie, tato.

— Wiesz, jak to jest, faceci powinni trzymać się razem. O n e — wskazał na podłogę — trzymają się razem i podkręcają jedna drugą przeciwko nam. Znają zaklęcia, są czarownicami, zmajstrują ci na kolację takie żarcie, że na drugi dzień zachowujesz się jak maszyna, jeździsz, jak cię zaprogramują. — Walter zrobił głupią minę, kontynuował kaczym głosem — rano do roboty, po robocie na okrągło: napraw to, napraw tamto, wynieś śmieci, wytrzep dywan, nie śpij przed telewizorem, załóż czyste skarpetki, nie wyrzucaj ogryzków za kanapę. W dzisiejszych czasach kobiety za często zapominają, gdzie ich miejsce. Dawniej tak nie było. Pamiętam, jak mój ojciec, a twój dziadek, opowiadał o dobrych, surowych czasach. Dawniej same pilnowały swojego miejsca. A niech no która spróbowała podskoczyć!

— Masz rację, tato.

— Ja nie miałem kłopotów z twoją matką, bo od razu pokazałem, gdzie jej miejsce — Walter rozcapierzył trzy palce. — W kuchni, przy dzieciach, to znaczy, przy tobie, no i w łóżku. Kapujesz? — puścił do syna załzawione oko.

Roześmiali się. Wypili po jednym.

— Jak zaczynała gderać, mówiłem: „przymknij się”.

— Komu?

— Twojej matce.

— Małgosia nie jest z takich.

— Chyba Bóg nie ulepił jej z innej gliny? Baby to baby, zawsze potrafią się odegrać na mężczyźnie — nachylił się do ucha syna. — Twoja matka nie dopuszczała mnie do siebie. Wiesz, w nocy. Mówiła, że krwawi. To ich stała zagrywka.

— Małgosia nigdy się nie wymawia, tato.

— Zacznie to robić. Kobieta może łgać, że ma jakąś chorobę i nie ma na świecie sposobu, żeby jej udowodnić kłamstwo. A jak ci się wreszcie uda, to i tak może ci wmówić, że przez ciebie zaszła w ciążę. Każesz jej zrobić z tym porządek, to ci powie, żeś morderca nie narodzonego dziecka. Załóżmy, że chcesz mieć to dziecko, pal je diabli, jak już się przytrafiło to niech będzie, ale ona ma na ciebie jeszcze jednego haka, cios w same jaja! — Walter zatrząsł się.

— Jakiego haka, tato?

— Zawsze może ci powiedzieć, że to nie twój chłopak!

Z wolna uśmiech znikał z twarzy Jasia.

— Nie chcesz powiedzieć, że mnie masz na myśli?! — wykrzyknął.

— Ja tylko mówię, jakie są baby — Walter nalał sobie i synowi.

Wypili.

— Ona ci to powiedziała?

— Kto? Twoja matka?

— Że nie jesteś moim ojcem?

Walter milczał. Napił się jeszcze raz. Nalał synowi.

— Na miłość boską, ojcze!

Walter poderwał się z łóżka, chwycił jedynaka za ramię i przyciągnął, twarz wykrzywiał mu grymas wściekłości i łzawego tryumfu.

— Mówiła dużo rzeczy, gęba jej się nie zamykała. Baby zawsze dużo mówią! Pieprzą bez ładu i składu, co im ślina na język przyniesie! Prowadziłem kalendarz. Nie dopuszczała mnie do siebie. — Zachichotał: — Myślała, że trafiła na głupiego. A ja zapisywałem, kiedy mnie dopuszczała i ile razy. Mam wszystko udokumentowane! — wbijał w Jasia przekrwione oczy.

— Niesamowite, tato.

— Ona mnie karała.

— Za co?

— Za zuchwałość. Tak mówiła.

— Byłeś zuchwały? Co to znaczy, u licha?

— Nie zgadzałem się z nią. Sprzeciwiałem się. Chciała mi rozkazywać od rana do wieczora. Ustawiała mnie po kątach. Nakręcała kluczem jak jakiegoś blaszanego pajaca i puszczała po podłodze. Nie mogłem na to pozwolić i buntowałem się. Ciebie też ustawia, to widać.

— Dobry Boże! — Jaś był zdumiony i wstrząśnięty. — Miałeś straszne życie!

— Na palcach tej ręki — Walter przysunął dłoń do oczu syna — mogę policzyć, ile razy dopuściła mnie do siebie. Przed ślubem dużo obiecywała, bo chciała złapać frajera. A miała powód, żeby złapać! Cholerny powód!

— Och, tato! Nie mów tak!

— Frajera! — Walter uderzył pięścią w kolano. — Jestem naiwniakiem! Nie słuchałem ojca! Dobrze mi radził! Teraz mam za swoje! Trudno, dla galernika nie ma ratunku! Ale chciałbym, żebyś ty, synu, nie dał się wpuścić w maliny. Kobiety przerobią faceta na żarcie dla psów. Facetom się tylko wydaje, że jest inaczej. Musisz teraz pójść do tej tam i powiedzieć z podniesionym czołem: „Tak, szlajałem się całą noc z dziwkami i nie wstydzę się tego! I będę się szlajał, ile razy przyjdzie mi ochota! Wybij sobie ze łba, że możesz mnie z tego powodu nie dopuszczać do swojego tyłka!”. Chyba nie zabraknie ci charakteru i odwagi, żeby jej wygarnąć? — Walter wyglądał na moralnie i fizycznie na trwale poniżonego.

Jaś był przerażony, nigdy nie widział ojca w takim stanie. Poza tym ojcowskie wskazówki wprawiły go w popłoch. Milczał spocony. Walter poklepał syna po zgarbionych plecach.

— Tylko siąść i płakać. Albo… — nie dokończył.

— Albo co?

— Nie żenić się. Nie wkładać głowy w pętlę.

— Naprawdę zdradzałeś matkę?

— Trochę — Walter splunął na podłogę. — Od czasu do czasu. Epizody bez znaczenia — znowu splunął. — Mężczyzna musi sobie upuścić pary, inaczej oszaleje. W tamtych czasach nie funkcjonował przemysł pornograficzny, to jak miałem się relaksować? Nie każdy ma poetycką wyobraźnię. Ja na przykład jestem wzrokowcem, czego nie widzę, tego nie ma… — chwycił Jasia mięsistą pięścią za kołnierz. — Myślisz, że było mi łatwo? Na koncie tryper i syfilis. Złapałem w sanatorium. Wyobrażasz sobie, jak nisko stała wtedy higiena? Wrogowi nie życzę. Ty masz królewskie życie, nic tylko… rozumiesz? Bezpieczny seks to pięć zręcznych palców. Najlepsza baba to własna graba i tym podobne. Po co ci żona? Rozważ moje wskazówki, synu.

Zszedł na dół trzymając się ściany. Kiwał przy tym głową i uśmiechał się z wyniosłym sarkazmem.

— W imię młodzieńczego idealizmu dajemy się wodzić za nos! — wrzasnął z dołu.

Nie czekając, aż ktokolwiek podzieli jego zapatrywanie schował się do gabinetu, między kuchnią, a schowkiem na odkurzacz i froterkę. Jaś siedział osowiały na łóżku. Jego myśli błądziły wokół kobiet. Przypomniał sobie czarnowłosą Zochę. Na jej tle Małgosia wydała mu się istotą nieziemską, niebiańską, cudownym zjawiskiem, którym Bóg, z sobie tylko znanych powodów, obdarzył właśnie jego, Jana Skoczka, niezwykle skromnego faceta.

— Niczym sobie nie zasłużyłem — wyznał w głębokiej pokorze.

Na wypadek, gdyby Bóg nosił się z zamiarem zmiany zdania, postanowił ujrzeć narzeczoną i powiedzieć, jak bardzo ją kocha. Małgosia, w śnieżnobiałej sukni ślubnej, w welonie i z bukiecikiem niebieskich kwiatków w dłoni odbijała się w lustrze ozdobionym rokokową pozłacaną gipsaturą przedstawiającą pnące róże. Suknia miała mnóstwo falbanek, tasiemek, błyszczących guziczków i cekinów z masy perłowej. Ukochana Jasia wyglądała w niej jak anioł w wannie wypełnionej pianą do kąpieli.

— Jesteś zachwycająca — szepnął.

Od razu wezbrało w nim pożądanie. Izabela z wachlarzem szpilek w ustach chodziła na kolanach wokół przyszłej synowej. Jaś zapytał:

— Co wy wyprawiacie?

— Te dranie ze „Ślubów i Pogrzebów” — wyjaśniła matka.

— Co?

Izabela pokazała na górę.

— Nie przeszkadzaj.

Pojawił się ojciec. Uśmiechał się chytrze i mrugał do syna.

— Już cię ustawiają.

Matka zrobiła groźną minę. Walter nie spuścił wzroku. Nie tym razem.

— Nadeszła godzina prawdy, Izabelo! — krzyknął. — Nie będę milczał! W dniu, w którym mój jedyny syn idzie pod topór, wszystko musi zostać powiedziane!

Izabela posłała Małgosi spojrzenie pełne ubolewania i rozbawienia.

— Tacy oni są — wymamrotała wolnym kątem ust.

— My jesteśmy twardzi, ale wy robicie z nas szmaty! — krzyczał Walter. Był już dobrze wstawiony. — Przepuszczacie nas przez wasze maszynki do mielenia charakterów i z mężczyzn robią się… — umilkł, szukając wystarczająco mocnego określenia — robią się… — uniósł dłoń, zbliżył do siebie palec wskazujący i kciuk pokazując obecnym coś, co było bardzo małe, bardzo nędzne, niegodne uwagi, za to godne współczucia. Czknął.

Izabela wzruszyła ramieniem. Jaś, bystry obserwator zachowania narzeczonej, nagle poczuł się nieprzyjemnie. Widząc zamglony zarys jej twarzy pod welonem powziął idiotyczne podejrzenie, że Małgosia się ukrywa. A nawet wewnętrznie się zamknęła.

— Dalej, mój synu! Mój dzielny synu! Mój potomku! — grzmiał ojciec wymachując pustą butelką. — Powiedz tym kobietom, co robiłeś przez całą noc!

— Dyskutowałem w klubie dyskusyjnym.

— Powiedz prawdę tym kobietom!

— To jest prawda, tato.

Ojciec posłał synowi miażdżące spojrzenie, w którym był bezmiar pogardy i litości. Izabela wyjęła szpilki z ust.

— Myślę, że zamiast wygadywać bzdury, powinniście się wziąć za przygotowanie salonu. Kanapę, fotele i telewizor przesuńcie pod ścianę, tylko nie tam, gdzie są okna, bo zaczną mi butami włazić na obicia i wychodzić do ogrodu. Zrolujcie dywan i do schowka. Rozsuńcie stół. Zrozumiano? No to jazda, brać się do roboty! To są męskie zajęcia, których tak wam brakuje.

Jaś wolał przestawiać meble, niż narażać się na niebezpieczne, prowokacyjne pytania ojca. Widać było, że Walter ma ochotę ciągnąć rozmowę, otworzył usta, żeby powiedzieć o trzydziestu srebrnikach, misce soczewicy i synu marnotrawnym. Wypchnął go czym prędzej z kuchni. Z przedpokoju Walter oznajmił tragicznym, trzęsącym się głosem:

— Małżeństwo to inwestowanie w złodziejską spółkę!

— Mężczyznom zdaje się, że mają większe prawa od nas — powiedziała Izabela. — A niby dlaczego? Wszyscy jesteśmy dziećmi Boga i na równi możemy cieszyć się życiem, moja droga.

Małgosia rozpłakała się. Izabela wstała z kolan i z niejasną trwogą w sercu odchyliła welon. Ujrzała mokrą buzię, szeroko otwarte, zawiedzione oczy i drżące wargi.

— Czy jest ci źle, dziecinko? — zapytała.

Dziewczyna wbiegła na górę. Zamknęła się w pokoju, który dotychczas był kawalerskim pokojem Jasia, a od jutra miał być ich małżeńską sypialnią. Do czasu, póki na świat nie przyjdą ich dzieci. Wtedy wszyscy, to znaczy Małgosia, jej mąż i ich dzieci, przeniosą się na dół. Dzieci wstawi się do pokoju z widokiem na ogródek, natomiast rodzice zamieszkają za ścianą, w gabinecie Waltera. Waltera oraz jego biznes giełdowy przeniesie się na górę. Izabela miała to dopracowane w szczegółach: dół dla młodych plus Izabela i jej fascynujący świat kuchni, a góra dla starego, zrzędliwego ponuraka, który ma wszystkim za złe.

— Małgosiu, kochanie? — zapukała do drzwi.

Małgosia płakała. Płakała nawet wówczas, kiedy pod jej drzwiami zgromadziła się cała rodzina Skoczków, nie wyłączając Waltera mówiącego o gniewie bożym, palcu bożym i bożym młocie. Umilkła nad ranem, gdy Jaś, ostatni z rodu, dał za wygraną. O świcie poczuł się jak szmata. Może rzeczywiście zawiódł go instynkt i dlatego poszedł ze Zdobnym, ale sumienie miał w porządku. Mógł być z niego dumny. Mógł, jednak nie wiedział, jak się do tego zabrać, więc czuł się podle.

c.d.n.

© Copyright by Krystian Piwowarski, 2001



[ góra ]

e-czytelnia

[ powrót ] | [ góra ]

 


 


Na tej stronie wykorzystujemy ciasteczka (ang. cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystanie z naszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies, umieszcza je w pamięci Twojego urządzenia. Więcej informacji na temat plików cookies znajdziesz pod adresem http://wszystkoociasteczkach.pl/ lub w sekcji „Pomoc” w menu przeglądarki internetowej.