e-czytelnia™ Wydawnictwa „e media” = literatura w internecie

e-czytelnia ` e media` - Strona główna

wersja e-czytelni™ dla urządzeń mobilnych Przejdź do treści

Internetowa czytelnia dobrym miejscem na Twój debiut literacki

Bookmark and Share

Facebook



L. Orelei: Awanturnicy z Karaibów

Komentarze» Wersja mobilna»

AWANTURNICY Z KARAIBÓW

Współczesna powieść przygodowo-podróżnicza, w której fikcja literacka miesza się z wątkami autentycznymi, sensacja z romansem, a poszukiwacze skarbów zmierzą się z piratami w walce o życie...

Rozdział 1. Dla tych, którzy zawsze wiedzą, co będzie jutro...

Należałam do nich, aż do pewnego czerwcowego wtorku 199... roku. Za oknem królowało niepodzielnie lato, chociaż według kalendarza panowała jeszcze wiosna. A ja zamiast pójść na spacer, zakuwałam do egzaminu w moim mikroskopijnym mieszkanku na poddaszu starej krakowskiej kamienicy. Mieszkanku niezupełnie moim, bo wynajmowanym. Mikroskopijnym i na poddaszu, bo na takie było mnie stać. Pojęcie „zakuwanie” traktowałam umownie — nigdy nie było moją specjalnością. Nie mogąc się skupić na podręczniku do finansów, od czasu do czasu przywoływałam do porządku moje myśli. Myśli bujające swobodnie pomiędzy Andami a dorzeczem Orinoko w po­szukiwaniu legendarnego El Dorado. Nawet mi do głowy wtedy nie przyszło, że za parę dni znajdę się bliżej Orinoko niż Wisły! Że spotkam poszukiwaczy skarbów i piratów. Że moje życie znajdzie się wiele razy w niebezpieczeństwie, a pewien Latynos zostanie moim adoratorem ...

Nieświadoma tego, co mnie czekało, toczyłam beznadziejną walkę z podręcz­nikiem do finansów. Dobrodziejstwa systemów podatkowych krajów zamorskich ani rusz nie wchodziły do mojej biednej głowy. Samo określenie „raj podatkowy” wywoływało wyłącznie „rajskie” skojarzenia. Przed moimi oczami rozwijały się obrazy bezkresnych, bezludnych plaż, okolonych zielonymi pióropuszami palm. Oślepiający blask białego piasku i intensywny błękit wody morskiej. No, może turkus? Egzotyczne smaki — kokos, mango, ananas... Właśnie leżałam na takiej plaży, sącząc chłodne piña colada (oczywiście w mojej wyobraźni), gdy nagle usłyszałam natarczywy dźwięk dzwonka do drzwi. Skąd dzwonek na rajskiej plaży?

Za drzwiami stał Wojtek. Normalnie, jak to on, wpadł jak burza i bez żadnych wstępów zaczął od końca:

— Młoda, zacznij się pakować! Wyjeżdżamy!

— Chyba cię pogięło, Wojtusiu! Po co mam się pakować? Mam jutro egzamin z systemów prawnych krajów zamorskich, czyli tzw. rajów podatkowych! Mózg mam przeładowany wiedzą, zaraz mi eksploduje...

— Co ty wygadujesz? Znowu coś zdajesz? Jakich „rajów podatkowych”???

— Aktualnie podyplomowe z finansów międzynarodowych — pochwaliłam się.

— I czego was tam uczą?! „Rajów podatkowych”? To akademia dla szarej strefy, czy co? Proponuję taki tytuł podręcznika „Jak wyprać milion złotych i nie pójść siedzieć”, hehehe...

— Strasznie śmieszne... — oburzyłam się. — Nic z tych rzeczy, to poważny i legalny przedmiot...

— Jeśli tak, właśnie masz niepowtarzalną okazję na własne oczy zobaczyć jeden z tych rajów!

Klimatycznych i... podatkowych też. Chyba nie przepuścisz takiej okazji, Młoda?

Takie „wejście smoka” było całkiem w stylu Wojtka. Miał odjazdowe pomysły i mnóstwo różnych zainteresowań. Jeśli do czegoś się zapalił, nie istniała żadna siła, która mogłaby go powstrzymać. Miał całą masę różnej maści znajomych, a wśród nich kilku przyjaciół. Należałam do tego grona, co przypieczętowane zostało przezwiskiem „Młoda”. Poza tym, że miał rodzinę i prowadził własną firmę, znajdował jeszcze czas na tenisa, wspinaczkę w skałkach, jazdę na nartach, grę na gitarze. Zdobył patent żeglarza i mistrza w zawodach strzeleckich. Interesował się kosmologią i samochodami. Chyba niczego nie pominęłam?

Wojtek był szczupłym, średniego wzrostu blondynem, wyglądającym najwyżej na trzydziestkę, chociaż tak naprawdę miał trochę więcej. Znaliśmy się na wylot i rozumieliśmy w pół słowa. Tym razem jednak nie potrafiłam odgadnąć, o co chodziło.

— Znasz Jarka?

— Jarka???... hmm... znam kilku Jarków...

— No tego, co grywa ze mną w tenisa i...

— Aaa, tego, co jego tato ma duuużą kasę? — wpadłam mu w słowo. — Jasne, że nie znam! (skąd niby miałabym znać?) A ty skąd masz takie znajomości???

— Moja słodka tajemnica. Mamy ze sobą wiele wspólnego, chociażby wspólne uzależnienie od adrenaliny, hehehe... Zresztą poznasz go wkrótce. Jaro jest w porzo, mimo problemów z ilością kasy do wydania...

— Chciałabym mieć takie problemy! I co, gdy go poznam?

— Wyjeżdżamy, Młoda! I to daleko! Wyspy południowe! Będziemy poszukiwaczami skarbów!

— Wojtusiu, usiądź sobie, a ja ci przyniosę coś zimnego do picia i jakiś kompresik.

— Młoda, słuchaj mnie! To nie żadna ściema. Jarek podjął decyzję życia! Postanowił zrobić dobry uczynek i zafundować sobie i paru przyjaciołom wyjazd na morza południowe! Naszym celem jest poszukiwanie skarbów. Inaczej nie byłoby nas stać na taki wyjazd. Ale nic za darmo — Jarkowi potrzeba kilku naszych umiejętności. No nie rób takich okrągłych oczu, dziewczyno. Rozumiesz? Taki układ — jesteśmy mu tak samo potrzebni, jak on nam. A ty, ty masz szczęście, że znasz mnie... no i, że obracasz nieźle kilkoma potrzebnymi językami!

Fakt, „obracałam”. Angielski i francuski biegle, hiszpański nieźle. Trochę świata dotąd zwiedziłam. Właściwie tylko Europy, więc najwyższy czas na bardziej egzotyczne strony! Podróżowałam namiętnie, kiedy tylko była okazja i jak się dało. Jako student-praktykant, turysta, sezonowa siła robocza też. Wiele się można nauczyć i zobaczyć podróżując w taki sposób. Więcej niż z biurem podróży. Ostatnio moje kwalifikacje językowe przydawały się w pracy tłumacza w dużym koncernie międzynarodowym.

— O dzięki ci mój dobroczyńco! Przy tobie Wojtusiu, to i cuda się zdarzają! Można poszukiwaczem skarbów zostać. Albo milionera spotkać, co to ma fantazję wydawać pieniądze tatusia...

— Nie tatusia, ale własną, osobiście zapracowaną kasę...

— ...zapracowaną w firmie tatusia... — wypaliłam (czasami człowiek nie zdąży się ugryźć w język). — Wojtek, przystopuj, gadasz jak potłuczony!

— ... i w ogóle, jedziemy na wyprawę, nie na wycieczkę! — ciągnął niewzruszenie Wojtek. — To zasadnicza różnica. Podzielimy się zajęciami i obowiązkami, tak jak będzie wymagała sytuacja. Przecież wiesz, na takiej wyprawie trzeba być tragarzem, kucharzem, marynarzem, chłopcem okrętowym, mechanikiem, kierowcą, nurkiem, tłumaczem... tłumaczem to raczej ty, Młoda. Nikt nie jest w stanie przewidzieć wszystkich ról, w jakich wystąpimy na takiej wyprawie. Niestety, nic za darmo na tym parszywym świecie! Wszystko trzeba odpracować. Widzisz, co skarby piratów potrafią uczynić z człowieka!

— Jakie skarby? Jakich piratów? Oczadziałeś? — dotąd nie brałam poważnie tego opowiadania.

— Po kolei, i w skrócie... Nie masz jakiegoś browara dla ochłody? W gardle mi zaschło.

— Przecież wiesz, że nie używam piwa pod żadną postacią... może być woda albo sok?

— No dobra, dawaj...

Nie czekając, aż dostanie obiecany napój, ciągnął opowiadanie:

— Otóż mój przyjaciel Jaro gdzieś spotkał żeglarza, zresztą znajomego jego ojca, który to żeglarz, nie ojciec, okazał się równocześnie płetwonurkiem i poszukiwaczem skarbów. Pracuje, czyli nurkuje zazwyczaj na tzw. Srebrnej Barierze, w rejonie Bahamów. Nie patrz tak na mnie, tak, tak, jest taki zawód... Jaro, znudzony do bólu brakiem pomysłów na życie, chodził koło pomysłu wyprawy. Chodził, przemyśliwał, marudził, aż wreszcie namówił do tego pomysłu innych! (tak jakby Wojtka trzeba było namawiać do takich pomysłów!)

Słuchałam i zastanawiałam się, czy to mi się śni, że Wojtek siedzi naprzeciw, opowiadając o skarbach, wyprawie, południowych morzach? Tak jakby nigdy nic...

Wiedziałam, że gnała go tam żyłka poszukiwacza przygód. Tak jak i mnie...

— W każdym razie tamten poszukiwacz, jako znawca tematu, wybrał nam miejsce poszukiwań... — tu Wojtek zawiesił głos, żeby spotęgować moją ciekawość.

— No to już dokończ i powiedz gdzie?

— Wszystko w swoim czasie. Za trzy dni jesteśmy umówieni z nim na Karaibach. Pojutrze wylatujemy do Londynu, a w piątek lądujemy na „naszej” wyspie!

Jak wynikało z dalszej części opowiadania, Jarek wykupił dla nas tygodniowy pobyt przez amerykańskie biuro podróży obsługujące tę cześć świata. All inclusive, last minute — to były magiczne słowa, które zawsze kojarzyły mi się z zalaną słońcem plażą, turkusowym morzem i palmami. W cenie był przelot w obie strony z Londynu, do Londynu koszty pokrywaliśmy sami. Kilkaset zielonych na twarz za tygodniowy pobyt w raju to nie była wygórowana cena. Mieliśmy tydzień na przygotowania organizacyjne. W tym czasie mieliśmy załatwić między innymi wynajęcie jachtu, na którym potem zamieszkamy i z którego będziemy prowadzić właściwe poszukiwania.

Jeżeli dobrze Wojtka zrozumiałam, skala kosztów nie stanowiła dla Jarka żadnego problemu, więc nie powinnam robić sobie wyrzutów. Tym bardziej, że zamierzałam solidnie odpracować przypadającą na mnie część. Wojtek, który jako jedyny z nas znał się na żeglowaniu, miał być prawą ręką nieznanego żeglarza. Ten — jako zawodowy poszukiwacz, płetwonurek, posiadacz patentu kapitana żeglugi, znający lokalne warunki — miał objąć kierownictwo wyprawy. Strasznie chciałam go poznać — musiał być niezwykle ciekawym człowiekiem.

Mieliśmy wyruszyć na wyprawę w nieznane po „złote runo”, jak niegdyś w starożytnym micie Argonauci pod wodzą Jazona. Moja dusza poszukiwacza przygód wyła ze szczęścia! Nareszcie okazja, żeby się wyrwać poza nasz kontynent! Egzotyka w pełnym wymiarze, i to nie na pokaz dla turystów. Oczywiście, zdawałam sobie sprawę, że ryzyko ponosimy sami, cokolwiek się wydarzy. Decyzję podjęłam w pół sekundy. Była jeszcze tylko jedna mała przeszkoda do pokonania.

— Super! — powiedziałam, gdy Wojtek skończył — tylko co z moim jutrzejszym egzaminem?... No, trudno muszę pójść, nawet, gdybym miała oblać. Co jest więcej niż pewne po tych rewelacjach...

— Nudna jesteś, Młoda, egzamin, i egzamin! Dasz radę, zdolna jesteś! Do wszystkiego! (Aluzja trafiona — żeby podróżować byłam zdolna do wielu rzeczy, ale żeby do wszystkiego — to już gruba przesada!) To ja tu do niej z propozycją nie do odrzucenia, a ona... No dobrze, jeśli oblejesz i wywalą cię z uczelni, znajdę ci jakieś zajęcie u mnie. Żebyś nie umarła z głodu.., co powiesz, na przykład, na etat sprzątaczki?...

*

I oto minęły trzy dni — trzy dni, w czasie których, jak bohater Josepha Conrada, żyłam w amoku. Tropikalnym amoku. Jedyną myślą, która od tej rozmowy kierowała moimi myślami, krokami, oddechem, była myśl o wyjeździe... A więc to możliwe! Wtedy, gdy najmniej się tego spodziewałam ziściło się jedno z moich najskrytszych marzeń!

Egzamin oczywiście zdałam. Nie ważne, na jaką ocenę. Ważne było, że za kilkadziesiąt godzin wyjeżdżam! Na spotkanie przygody!

Pierwszej nocy śniło mi się, że trafiłam do raju. Spacerowałam po nieskazitelnym piasku nad brzegiem oceanu. I nagle przypomniałam sobie, że miałam czegoś szukać. Co to było? Zaczęłam rozglądać się niespokojnie, gdy zobaczyłam Wojtka. Szedł w moim kierunku i wskazywał na morze. Spojrzałam i...zamarłam. Przy brzegu stał statek piracki. Odwróciłam się i krzyknęłam „Uciekajmy”, ale Wojtek zniknął! Boże, co robić? Rzuciłam się do ucieczki w głąb plaży i... nagle z tropikalnych zarośli wyłonił się Wojtek. Ale nie był to zwyczajny Wojtek, lecz pirat z opaską na oku, półnagi, straszny, wymachując zakrzywionym kordelasem w ręku. Krzyknął: „Dalej Młoda, oddawaj skarby!” I zniknął.

Obudziłam się przerażona, a sen poszedł natychmiast w zapomnienie. Przypomniał mi się dopiero po trzech dniach, na wyspie. Byłam umiarkowanie przesądna. Jednak po tym, co nas spotkało, zaczęłam zastanawiać się, czy ten sen miał jakieś znaczenie? Minęły trzy dni od naszej rozmowy, a ja siedziałam w pokoju hotelowym, o tysiące mil. W równie pięknym, co egzotycznym zakątku świata, na jednej z wysp Morza Karaibskiego. To były pierwsze godziny naszego pobytu, a już nieoczekiwane wydarzenie wytrąciło nas z równowagi. Była trzecia nad ranem, pomimo to nie mogłam zasnąć. Przypomniałam sobie mój sen sprzed trzech dni. Sen, który okazał się proroczy. Czyżbym miała zdolności medialne? Nigdy przedtem tego nie doświadczyłam. Jednak teraz moje myśli krążyły uparcie wokół jednego prostego pytania:

GDZIE PRZEPADŁ WOJTEK?

A wszystko zaczęło się tak niewinnie! Z Jarkiem spotkaliśmy się w Londynie i dalej już lecieliśmy razem. Jarek, którego znałam dotąd tylko z opowiadań Wojtka, okazał się równym facetem. Był wysokim brunetem, o nieregularnych rysach twarzy. Otwarty, energiczny, z poczuciem humoru. Wszystko byłoby z nim w porządku, gdyby nie jeden defekt — nie istniało dla niego słowo „niemożliwe”. Rozbrajające było to jego beztroskie podejście do spraw finansowych oraz problemów życia codziennego. Jarek po prostu uważał, że rozwiązanie każdego problemu mierzy się ilością potrzebnych środków finansowych. Poza tym wszystko z nim było w porządku. Wojtek miał rodzinę na utrzymaniu i ograniczone środki finansowe do dyspozycji. Siłą rzeczy z innej perspektywy patrzył na sprawy codzienne. Jednakże żadne przyziemne sprawy nie były w stanie przeszkodzić mu w realizacji planów. Kiedy pochłaniała go jakaś pasja, nic — ani brak czasu, ani zobowiązania rodzinne, czy zawodowe, ani brak tzw. kasy — nie było go w stanie powstrzymać. Czas można zawsze znaleźć, pieniądze zarobić lub zaoszczędzić. Każdą przeszkodę był w stanie pokonać — prędzej czy później — by wyruszyć na poszukiwanie przygody. W tym i wielu innych rzeczach byliśmy z Wojtkiem bardzo do siebie podobni. On miał rodzinę, a ja byłam singlem, a mimo to rozumieliśmy się znakomicie jako przyjaciele. Ostatecznie oboje byliśmy zodiakalnymi Bliźniakami!

Do naszego przyjazdu na wyspę wszystko szło zgodnie z planem. W piątek po południu wystartowaliśmy z Londynu. Po ośmiu godzinach lotu, również po południu (efekt przesunięcia czasu) wylądowaliśmy na wyspie. Port lotniczy, z lotu ptaka wyglądający jak olbrzymi hangar, okazał się bardzo nowoczesny. Kilkadziesiąt punktów odpraw, olbrzymi terminal, mnóstwo hałaśliwych Amerykanów, i spokojniejszych, choć nie mniej ruchliwych Latynosów. W tym tyglu narodów trudno było zresztą określić przynależność narodową w czystej postaci. Podobno na wyspie żyli przedstawiciele czterdziestu nacji!

Chociaż było późne popołudnie, na zewnątrz uderzył nas tropikalny skwar. Wyszliśmy przed budynek i zatrzymaliśmy się w miejscu, skąd firmowe busy hotelowe, zwane shuttles, zabierały gości.

— Dlaczego nie odbierają nas z hotelu? — Jarek niepokoił się — nie wysłali po nas busika?

— Jasne, a zawiadomiłeś ich łaskawie, że przyjeżdża Pan Jaro?

— Jareczku, nie spodziewali się nas o tej porze, nie przylecieliśmy z żadną grupą zorganizowaną — tłumaczyłam mu cierpliwie. — Najwidoczniej wszystkie shuttle-busy do naszego hotelu już odjechały.

— No właśnie, można to było lepiej zorganizować — wyrzucał sobie Jarek.

— Jaro, wyluzuj, jest w porzo...

W końcu wzięliśmy taksówkę. Na razie chłopcy radzili sobie dobrze z angielskim.

Raz tylko musiałam wkroczyć. Przy odprawie na lotnisku urzędnik imigracyjny zaczął robić wywiad na temat celu przybycia. Zwykła procedura. Jarek — zadowolony, że może się popisać swoim angielskim — palnął, że przyjechaliśmy szukać skarbów. Urzędnik spojrzał na niego dziwnie i zażądał wyjaśnień. Wtedy wtrąciłam się do rozmowy i obróciłam wszystko w żart. Facet w uniformie przyglądał nam się o długo i uważnie. Tutejsi urzędnicy graniczni mają bardzo dużą władzę i lubią to okazywać. Mogą każdego zawrócić z granicy, jeśli im się nie spodoba. Na szczęście, przepuścili nas. Nikt z nas jednak nie przypuszczał, że ten incydent może mieć swój dalszy ciąg.

W drodze do naszego hotelu minęliśmy stolicę, która okazała się malowniczym miastem w stylu kolonialno-disneyowskim. Niska zabudowa, zdobione fasady, kolumny, ozdobne fryzy wieńczące budowle, rzeźbione balkony, okiennice chroniące przed tropikalnym słońcem.

No i te kolory! Oprócz dominującej bieli, bajeczne pastelowe róże, żółcie, zielenie, pistacje, jak w filmach Disneya. Pasaże handlowe wypełniał kolorowy tłum. Zbliżał się wieczór, pora wyczekiwana przez wszystkie bary, restauracje, dyskoteki. Jechaliśmy wzdłuż wybrzeża w kierunku północno-zachodnim. Taksówka sunęła wolno po szosie. Dopóki nie zapadł zmrok, mogliśmy po drodze obserwować krajobraz wnętrza wyspy — suche i kamieniste połacie, porośnięte były kaktusowatymi zaroślami. Potem dowiedziałam się, że był to aloes — główne bogactwo wyspy. Byłam nieco rozczarowana tym pejzażem. Oczekiwałam bujnej, tropikalnej roślinności wszędzie, a tu wypalona słońcem ziemia. Owszem, po drugiej stronie drogi kompleksy hotelowe tonęły w morzu zieleni, ale to co innego.

Hotel okazał się całkiem ładnym budynkiem w stylu neokolonialnym. Miał cztery piętra, a jego nieregularna bryła tonęła — a jakże — w tropikalnej zieleni. Podczas załatwiania formalności w recepcji Jarek zdecydował, że bierzemy apartament. Biorąc pod uwagę dopłaty do jedynek, wypadło taniej w przeliczeniu na osobę. A poza tym byliśmy razem, „w kupie” jak to powiedział Wojtek. Mieliśmy salon, dwie sypialnie, dwie łazienki i balkon. Pełny barek i lodówkę. Żyć, nie umierać! Jarek z Wojtkiem zajęli jedną sypialnię, ja drugą. Pozostał jeszcze ogromny salon, gdzie śmiało zmieściłaby się jeszcze cała rodzina.

Różnica czasu zaczęła nam powoli dawać się we znaki. Był wieczór, co oznaczało, że w kraju jest trzecia lub czwarta nad ranem. Mimo tego chłopcy odczuwali bardziej głód, niż zmęczenie. Odświeżyliśmy się i zeszliśmy do hotelowej restauracji. Na razie nic nie zapowiadało burzliwych wydarzeń, które już wisiały w powietrzu. Stoliki były nastrojowo podświetlone, a wokół unosił się zapach egzotycznych przypraw. Restauracja zaczęła się zapełniać.

Na przystawkę zaserwowano nam marynowane scavechi, a jako dania główne do wyboru miejscowe specjały: mochi di pisca, keri keri, komkomber stoba, stoba di bestia chikito, w aroma­tycz­nych sosach, z dodatkiem południowych owoców. Jak zauważyłam, chłopcy nie gustowali specjalnie w regionalnej kuchni, opartej głównie na rybach i owocach morza.

— Jeśli deser będzie też z ryb albo owoców morza, to ja wracam! — marudził Wojtek.

— Nie marudź! Stoba była z mięsa! — zauważyłam. — A desery na pewno nie są z ryb! Likiery też nie. Cocada była pycha!

— Stoba, kokada, szału można dostać od tych nazw! — kaprysił Wojtek. — Tylko nigdy nie wiadomo do końca, z czego co jest! A może z miejscowej świnki morskiej?

W tej strefie klimatycznej i kulturowej życie zaczynało się po zmroku. O tej porze dnia w naszym umiarkowanym klimacie zdecydowana większość układała się do snu. A tu — proszę — wokół rozwijało się życie nocne. Widząc nijakie miny chłopaków, postanowiłam ich rozruszać. Najlepszym sposobem było, oczywiście, tzw. „wsadzenie kija w mrowisko”.

— Popatrzcie, ten Latynos całkiem przystojny!

— Ale chyba zajęty, Młoda! — do opalonego muskularnego blondyna podeszła ciemnowłosa dziewczyna, zbyt ciemna by zaliczyć ją do białej rasy. — Całkiem niezła! Ta to dopiero musi mieć temperament!

— Oczy ci wyjdą z orbit, Wojtusiu, i wypadną, i już niczego nigdy nie zobaczysz. Ani kobiet, ani skałek, ani...! — wiedziałam, że Wojtek jak każdy mężczyzna nie pogardził widokiem ładnych kobiet. Mimo, że zazwyczaj bardziej pociągały go liny wspinaczkowe, narty lub samochody. Nie do wiary, jak ten człowiek zdołał się ożenić?

— A ty zeza dostaniesz, i to rozbieżnego, od wodzenia wzrokiem za tymi Latynosami — z Wojtkiem potrafiliśmy dogadywać sobie bez końca i bez urazy. — Nie przyjechaliśmy tu romansować.

— Niech każdy mówi za siebie — odpaliłam, po minie Jarka widząc, że ogólnie zgadza się ze mną. — Mnie tam nie zaszkodzi trochę poflirtować

— No ekipa, nie kłócić się! Ogłaszam jedyny słuszny kierunek: Do baru!

Ten region świata słynie z różnych rodzajów rumu, z czego chłopcy wydawali się bardzo zadowoleni. Ja wolałam lżejsze koktajle — na bazie rumu oczywiście. Rum w czystej postaci przechodził gładko chyba tylko przez gardła piratów. Należał on w równym stopniu do historii tych mórz, jak piraci, awanturnicy i ich skarby. Tutejsza historia zawsze ociekała krwią i rumem. W opo­wieściach przewijali się konkwistadorzy i misjonarze, osadnicy i rozbójnicy, piraci i korsarze. Nie każdy wie, że w historii trafiały się też kobiety-piraci. Morskie wilczyce, które nie stroniły od mocnych trunków, przystojnych chłopaków, oraz innych męskich rozrywek. Nazwiska Lady Grace, czy też niejakiej Ann Bonnie i Mary Read, na stałe wpisały się w kroniki tych i innych mórz. Nie były to w żadnym wypadku opowieści o przy­kładnych matkach i żonach. Nic dziwnego, że strażnicy moralności woleliby, by poszły w zapomnienie!

— Może wreszcie opowiecie więcej na temat tutejszych piratów i pozostawionych przez nich skarbów? Których mamy poszukiwać...

— Chętnie, ale nie znam całej historii — powiedział Jarek. — Jest to bardzo romantyczna opowieść o księdzu, który zakochał się w pięknej kobiecie i zszedł przez to na złą drogę. Jak to często bywa w książkach i w życiu, wszystkiemu winne są kobiety. Wszystko to działo się na początku XIX wieku. Całą historię zna nasz żeglarz. Kapitan Jack ma przyjaciół w elitarnym Klubie Poszuki­waczy Skarbów i zadziwiającą wiedzę na ten temat...

Tu Jarek przerwał na chwilę, spoglądając na nasze niepewne miny.

— Tak, tak, istnieje i działa taki klub, chociaż nie afiszują się swoją działalnością. Nie wierzycie? Nie można tam po prostu przyjść i się zapisać... Członkowie tej organizacji dysponują niesamowitą wiedzą. Ale strzegą jej przed osobami postronnymi, niedowiarkami, którzy uważają poszukiwaczy za wariatów. Oraz przed różnej maści przestępcami szukającymi łatwej zdobyczy. Kapitan widział nawet autentyczne dokumenty z tamtej epoki, poświadczające prawdziwość tej historii. Wiem, bo mi opowiadał. Musicie poczekać do przyjazdu Kapitana.

— To znaczy, do kiedy?

— Sam dokładnie nie wiem. Musimy się jakoś skontaktować. Jutro spróbujemy.

Nie wiedzieliśmy, jak Jarek zamierza to zrobić, ale nikt nie drążył tematu.

— A ten gościu, cóż się tak nam przygląda? Popatrzcie dyskretnie w lewo, za siebie, ale nie wszyscy na raz! Iza, bo ci oczy wyjdą z orbit! — Jarek był jednak bystrym facetem. Niby wpatrzony tylko w swój kieliszek rumu, a jednak nic nie umknęło jego uwagi.

— Który to? Ten Latynos w łososiowej koszuli? — upewniłam się. — Chyba ci się zdaje, on akurat wychodzi. Szkoda, taki przystojny!

— Młoda, nie żałuj, jeszcze niejeden ci się trafi! Wiecie, co? Wyjdę za nim i rozejrzę się — Wojtka najwyraźniej nosiło.

— Dobra, stary, ale wracaj szybko. Czekamy na ciebie.

I tak oto Wojtek wyszedł z baru i przepadł jak kamień w wodę. A my z Jarkiem czekaliśmy, i czekaliśmy w nieskończoność. A potem wróciliśmy do swoich pokoi, ale żadne z nas nie mogło spać. Jarek uspokajał mnie, że Wojtek jest dorosłym facetem, że przecież nic nie mogło się stać. Ale mówić — to jedno, a czekać bezskutecznie — to co innego. No właśnie, dorosły facet tak nie postępuje, nie znika bez słowa.

Byłam pewna, że coś się stało i przychodziły mi do głowy różne rzeczy. Wpadł do jakiejś dziury i skręcił nogę? Wpadła mu w oko jakaś kobieta? A może po prostu zabłądził w nowym otoczeniu? Nie, nie Wojtek. On by się nie zgubił. Musiało go coś zatrzymać. Jarek już pewno spał, a ja leżałam w swoim pokoju, nie mogąc zasnąć. Co się stało? Co z naszymi planami poszukiwań? Dokąd nas to wszystko zaprowadzi? Dochodziła trzecia nad ranem, a w moim zmęczonym mózgu wierciło się beznadziejnie jedno pytanie: GDZIE PODZIAŁ SIĘ WOJTEK?

Koniec rozdziału I

© Copyright by L. Orelei, 2008



[ góra ]

Komentarze

Społeczność e-czytelni na Facebooku

Rekomendacje

e-czytelnia

[ powrót ] | [ góra ]

 


 


Na tej stronie wykorzystujemy ciasteczka (ang. cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystanie z naszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies, umieszcza je w pamięci Twojego urządzenia. Więcej informacji na temat plików cookies znajdziesz pod adresem http://wszystkoociasteczkach.pl/ lub w sekcji „Pomoc” w menu przeglądarki internetowej.