e-czytelnia™ Wydawnictwa „e media” = literatura w internecie

e-czytelnia ` e media` - Strona główna

wersja e-czytelni™ dla urządzeń mobilnych Przejdź do treści

Internetowa czytelnia dobrym miejscem na Twój debiut literacki

Facebook



L. Orelei: Awanturnicy z Karaibów — odcinek 4.

Komentarze» Wersja mobilna»

Rozdział 4. Jako przestroga dla lekceważących lekkomyślnie ostrzeżenia...

Następnego dnia wszyscy zaspaliśmy. Łącznie z Wojtkiem, który położył się wcześniej, bowiem odsypiał przejścia dni poprzednich. Wieczór z Jarkiem i Juanem (tak miał na imię nasz detektyw), rozpoczęty w hotelowym barze, skończył się w dyskotece. W towarzystwie detektywa spędziliśmy fantastyczny wieczór. Mimo moich wątpliwości, co do jego roli w uprowadzeniu Wojtka, czuliśmy się bezpiecznie.

W barze i w dyskotece spotkaliśmy wielu znajomych, z którymi mijaliśmy się podczas śniadań i kolacji. Natknęliśmy się na grupkę surferów, którzy przyjechali tu na międzynarodowe zawody. Mimo, iż pochodzili z różnych miast Stanów Zjednoczonych i Kanady, wyglądali na przyjaciół. My znaliśmy po imieniu tylko Joanę i Michela, którzy wyglądali na parę. Teraz poznaliśmy resztę. Zapraszali nas na zawody za dwa dni. Zauważyłam też, że niektórzy znajomi ze śniadań, czy z baru, na widok detektywa w naszym towarzystwie wycofywali się, jakby onieśmieleni. Chwyciłam też parę spojrzeń kobiecych, wyrażających żal lub zazdrość. A może mi się wydawało?

Jedna z odważniejszych turystek poprosiła Juana do tańca. A on, jakby należało to do jego ulubionych obowiązków, z wdziękiem poprowadził ją na parkiet. Zatańczyli, po czym, jakby nigdy nic, odprowadził ją do stolika i wrócił do nas. Ta sytuacja powtórzyła się jeszcze parę razy z innymi turystkami w różnym wieku. Właściwie nie było w tym nic niezwykłego. W naszej kulturze europejskiej jest to traktowane jako faux-pas. Tu nie było nic niestosownego w tym, że kobieta prosiła mężczyznę do tańca. Jarka też prosiły na parkiet. Ciekawe, dlaczego w jego przypadku nie przeszkadzało mi to tak, jak wtedy, gdy prosiły Juana?

O rany, jak ja lubię tańczyć! A jeszcze, u boku partnera mającego pojęcie o tańcu! Na parkiecie królowała salsa, cha-cha, bacchiata. Nasz detektyw czuł się znakomicie w każdym z tych tańców, więc szaleliśmy na parkiecie do oporu. Jarek też był w tym niezły. Skąd on umiał się znaleźć w tych wszystkich latynoskich kawałkach?

Pamiętam, że pod koniec imprezy tańczyłam z Juanem bardzo blisko. Nawet zbyt blisko. Ale co tam! W tańcu więcej wolno. Zresztą to wina przepysznych drinków na rumie!

No tak, zabujałam się w moim tancerzu. Tak na parę godzin, tylko na czas tańca. Taka szybka do zakochania to ja nie jestem! Pod koniec całowaliśmy się z Juanem. Może trochę zbyt namiętnie? Ale tego Jarek nie mógł widzieć, bo sprytnie schowaliśmy się w kącie przed wzrokiem ludzi. Potem Juan odprowadził mnie grzecznie do drzwi naszego apartamentu i na tym skończyły się nasze ekscesy nocne.

*

W nocy przyśniła mi się Rosita. Widziałam ją taką, jak opisywał ją Kapitan. Nagą pod płaszczem blond włosów do ziemi. Wyciągała do mnie ręce i mówiła: „Jestem Wanda, nie Rosita, Wanda! To oni wszyscy nazywają mnie Rosita. Mama mówiła do mnie Wanda… Moja mama przyjechała z dalekiego kraju, z północy. Nikt mnie tak nie kochał, jak ona. Dopóki nie umarła… Miała złote włosy do samej ziemi! Teraz nikt mnie nie kocha. Ci wszyscy mężczyźni mówią, że mnie kochają, ale to nieprawda! Oni nie umieją kochać! Moja mama była piękna i dobra. Gdyby żyła, nie pozwoliłaby, by wydano mnie za tego pijaka…

Powiem ci, jak to było. Mój ukochany… ożenił się z tą podłą dziewczyną! Byłam biedna, a ona bogata. Mnie ojciec zmusił, bym wyszła za tego pijaka… Już nie kocham nikogo…”

Obudziłam się cała we łzach. Biedna Rosita! Nie wiem, co z mojego snu było prawdą, a co urojeniem. Widocznie jej historia poruszyła mnie bardziej, niż mi się zdawało. Kto wie, jak naprawdę potoczyłoby się jej życie, gdyby miała więcej szczęścia. Gdyby wyszła za ukochanego mężczyznę zamiast za pijaka. Coś w tym jest! Żaden człowiek nie schodzi na złą drogę zupełnie bez powodu… Pomyślałam sobie, że chyba za bardzo przejęłam się wczorajszymi zalotami Juana. Ten sen przypomniał mi, że mężczyznami nie warto się przejmować. Unieszczęśliwiają kobiety, a sami zawsze spadają na cztery łapy.

Postanowiłam potraktować ten sen jako przestrogę. Kręcąc się po naszym apartamencie przed wyjściem, mruczałam coś pod nosem. Z moich pomruków wynikało, że nie jestem zbyt przyjaźnie nastawiona do mężczyzn. Jarek i Wojtek patrzyli na mnie bez słowa, z wyrozumiałością. Tak, jak na osobę upośledzoną umysłowo. Wreszcie, trochę spóźnieni, zeszliśmy do restauracji.

Przy stole Wojtek nie wytrzymał i zagadnął:

– Młoda, podobno uwiodłaś naszego Metysa?

– Blebleble… niektórzy mówią, co wiedzą. Tylko nieliczni wiedzą, co mówią. A jeszcze inni powtarzają to, co podpowiada im chora wyobraźnia. Widzisz, Jarek! Zazdroszczą nam fantastycznej imprezy!

Jarek, który okazał się zwolennikiem dobrych imprez, podjął temat:

– Wojtek, wszystko przed tobą! Wiesz ile tu fajnych lasek… Latynosek… no, w ogóle dziewczyn… Jarek zaplątał się. – A jak tańczą! Jak tylko wrócimy do domu, zapisujemy się na kurs tańca!

– Jarek, weź się! Ja tańczyć umiem, ale nie przepadam. Wolę wywijać w skałkach. Niech tylko moja skręcona noga wróci do formy. Na szczęście już jest lepiej…

Aloha, our friends! – To nasi znajomi surferzy podeszli do nas przywitać się.– Hello! How are you? Hello… hi…hello… pozdrowieniom nie było końca. – Oh! Znaleźliście waszego przyjaciela! (niektórzy z nich nie wiedzieli, że Wojtek się odnalazł).

– Młoda, skąd ty ich wytrzasnęłaś? No tak, człowiek życie naraża, a inni się bujają! – Wojtek, który miał pewne zaległości towarzyskie, był trochę zły o takie uwagi. Ale tylko ktoś, kto nie znałby Wojtka, mógłby pomyśleć, że naprawdę ma do nas pretensje o wczorajszy wieczór.

– Wojtek, przestań narzekać, jak zgred jakiś! Masz jedyną niepowtarzalną okazję dodać windsurfing do twojej kolekcji sportów. – Próbował go udobruchać Jarek.

Surferzy zapraszali nas na zawody. Obiecaliśmy, że przyjdziemy. Gdy przedstawialiśmy Wojtka naszym znajomym, podszedł do nas detektyw i zrobiło się ogólne zamieszanie. Wszyscy witali się, śmiali, opowiadali, jak było wczoraj i co będą robić dziś. Na to wszystko wszedł Kapitan. Nie mógł się nas doczekać siedząc w samochodzie. Zaczął poganiać:

– Pospieszcie się, bo nie zdążymy. Mamy dziś wiele spraw do załatwienia.

– Gdzie nie zdążymy, Jack?

– Na dziś mamy coś specjalnego. Wypad w „podwodny świat”, czyli nurkowanie na rafie koralowej. Trzeba podjechać kawałek, a przedtem musimy zajrzeć w parę miejsc.

Nurkowanie! Jak dla mnie – bomba! Wszyscy byliśmy zachwyceni tym pomysłem. Łącznie z Jarkiem, dla którego nurkowanie nie było żadną nowością. Dla mnie – owszem.

– No kochani, zbieramy się! – poganiał nas Jack. – Podwodny świat czeka! Stąd godzina jazdy samochodem. A po drodze zajrzymy jeszcze do kilku sklepów.

Pożegnaliśmy się z towarzystwem, wsiedliśmy do naszej chevrolety i pojechaliśmy w głąb wyspy. Kapitan prowadził. Wybrał tym razem inną drogę, zamiast znanej nam, prowadzącej wzdłuż wybrzeża. Najpierw zawiózł nas do Muzeum motyli. Ludzie! Nie wiedziałam, że istnieje coś takiego, jak muzeum motyli! Oraz, że występuje na świecie takie bogactwo kolorów i kształtów. Fruwających! W muzeum były? mieszkały? przebywały? żywe eksponaty. Pod niewidoczną kopułą założono coś w rodzaju gigantycznego tropikalnego ogrodu. Wszędzie fruwały tysiące bajecznie kolorowych okazów! Olbrzymie, jak ptaki, i takie małe, jak u nas latem na łące.

Do stolicy dotarliśmy od strony północnej. Zaczynał się nasz czwarty dzień na wyspie, a dotąd nie rozpoczęliśmy żadnych przygotowań do wyprawy!

– Słuchajcie! Teraz idziemy kupić parę rzeczy, a potem do portu. Rozejrzymy się za odpowiednim dla nas jachtem. Zabieramy się poważnie do roboty!

– A czego będziemy potrzebować? – Jarek skierował pytanie do najwłaściwszej osoby. I chyba jedynej znającej odpowiedź.

– Będziemy potrzebowali mnóstwa rzeczy, począwszy od zapasów jedzenia, skończywszy na sprzęcie. Wymienię tylko niektóre: zapałki sztormowe, świece i latarki, śpiwory, kocher, menażki i manierki, zestaw suchego prowiantu… To będzie nam potrzebne w trakcie poszukiwań na lądzie. Liny i wyposażenie wspinaczkowe mogą być potrzebne w jaskiniach. Dalej, specjalne noże wielofunkcyjne i mały szpadel do kopania. Tabletki do uzdatniania wody. Apteczka i zestaw podstawowych leków dla tej strefy klimatycznej. Sprzęt dla płetwonurków wypożyczymy razem z jachtem. Może się przydać. Naczynia, i cała reszta powinna znajdować się na jachcie, jako wyposażenie standardowe.

– Zaraz, zaraz, Kapitanie, to my będziemy kopać, czy nurkować??? Bo ja już nie mogę się w tym wszystkim połapać!

– Raczej przeszukiwać jaskinie, Iza. A to będzie wymagać przygotowania na różne warunki. Wieczorem robimy naradę i wszystko wam objaśnię z pomocą mapy.

Dobrze, że chociaż tyle dowiedzieliśmy się o planowanych poszukiwaniach. Dotąd ciągle coś lub ktoś przeszkadzał nam w ustaleniu szczegółów. Okazało się, że nawet Wojtek z Jarkiem mieli dotąd blade wyobrażenie o tym, co nas czeka.

W stolicy zajrzeliśmy do kilku sklepów. Na razie nie robiliśmy wielkich zakupów. Kupiliśmy tylko parę podstawowych rzeczy, takich jak noże, latarki, apteczkę, zestaw leków, wodoodporne pokrowce na dokumenty. Kolejnym zadaniem było znalezienie odpowiedniej łodzi żaglowej. Ruszyliśmy w kierunku znanej przystani jachtowej. Gdy tam dotarliśmy, serce biło mi niespokojnie. Wypatrywałam w oddali czarnej bandery i znajomych kształtów żaglowca. Na darmo! Brygu nie było. Czyżby odpłynęli na zawsze? Może go już nigdy więcej nie zobaczę?

Szliśmy wzdłuż nabrzeża za Kapitanem, przyglądając się mijanym jachtom. Dla mnie, oczywiście, z tego przyglądania się nic nie wynikało. Stojąc przycumowane, ze zwiniętymi żaglami, wszystkie wyglądały podobnie. Ale dla Jacka nie. Kapitan przespacerował się, wszedł na jeden z nich, potem na drugi i trzeci. Wreszcie zaczął rozglądać się za kimś, z kim mógłby pogadać o tych łodziach. Zauważył w końcu postawnego Mulata, który wyszedł z niskiego bungalowu i przyglądał się nam od dłuższego czasu. Wyglądał na bosmana, który opiekuje się mariną. Do niego właśnie zwrócił się Kapitan.

Bonbini – przywitał się – macie tu ładne łodzie.

Nie po raz pierwszy zauważyłam, że znajomość nawet pojedynczych zwrotów w miejscowym żargonie otwierała niejedne drzwi.

Si, si, señor, bardzo dobre łodzie. Dobre łodzie kochają wiatr i fale.

– A tamten Oceanis to można wyczarterować? – spojrzałam na burtę jachtu, o który zapytał Jack, i przeczytałam: „Sunrise”. Piękna nazwa.

– A chcecie skipera?

– Człowieku, ja sam jestem skiperem, a tamten – wskazał na Wojtka – sternikiem. Samą łódź potrzebujemy. Chcemy pożeglować zanim nadejdzie passat.

– Tamten już wynajęty, ale mamy jeszcze inne wolne. Zależy na jak długo?

– Na tydzień, albo dwa. W piątek chcemy się zaokrętować. Tamte są za duże, ten byłby w sam raz.

Kapitan obrócił się i wskazał na inny jacht w oddali.

– To może ten jest wolny? Wzięlibyśmy tego Dufoura, ale pewno drogi?

Mulat spojrzał z uznaniem na Jacka.

– Nie, señor, niedrogi, tyle samo, co za tamtego, a dużo lepszy i szybszy. 1500 dolarów za tydzień plus kaucja. Ma roller genuy, dwa koła sterowe, autopilota i GPS.

– Nie potrzebujemy GPS-a – zaoponował Kapitan – ale niech będzie. Bierzemy.

– Tylko teraz nie ma bossa. Przyjdźcie wieczorem.

– Dziś już nie przyjdziemy. Będziemy zajęci do wieczora. Ale pamiętaj, że go rezerwujemy. – Widziałam, jak Kapitan wsunął mu do ręki banknot. – Powiedz bossowi, że przyjdziemy jutro.

Si, si, señor. Masha danki, aye!

– A nie widziałeś może takiego starego żaglowca? – nie mogłam wytrzymać, żeby nie zapytać o piracki bryg. – Stał tam na redzie przedwczoraj.

– Si, si, señorita. Stali, ale odpłynęli. Jeszcze wrócą. Jutro zaczynają się zawody w windsurfingu, to przypłyną.

Stali, ale odpłynęli. Jeszcze wrócą. Jutro zaczynają się zawody w windsurfingu, to przypłyną.

Opuściliśmy przystań, a ja w końcu nie wiedziałam, który jacht zarezerwował Kapitan. Nie szkodzi, dowiem się niedługo. Wyjeżdżając z miasta, wróciliśmy na starą drogę. Po lewej rozciągały się połacie niskiej zieleni, z strzelającymi w niebo kaktusami. Jechaliśmy w kierunki południowo-wschodnim. Nagle Wojtek zaczął się niespokojnie kręcić. Jarek, który siedział obok niego z tyłu, nie wytrzymał:

– Stary, skorpion ci wlazł do skarpetki, czy co? Przestań się wiercić!

– Rany, ja cię kręcę! – To był typowy, lakoniczny i dosadny sposób wyrażania się Wojtka. – Poznaję okolicę! To ta droga!

– Zbliżamy się właśnie do Hiszpańskiej Laguny. – Kapitan nie wydawał się zaskoczony okrzykami Wojtka. – Dobrze zgadłem, że to tutaj cię przywieźli. Tam są właśnie ruiny dawnego Złotego Młyna. Zatrzymajmy się tylko na chwilę, nie mamy zbyt wiele czasu. Musimy zdążyć na nurkowanie. Ale warto się rozejrzeć. Może znajdziemy coś, co da nam wskazówkę, kim byli napastnicy…

– OK, podjedźmy tak daleko, jak się da.

Droga przekroczyła wąską zatoczkę, przypominającą wąziutki fiord wrzynający się w głąb lądu. Tu Jack skręcił w lewo w coś, co na miano drogi nie zasługiwało. Dalej trzeba było pójść pieszo. To były opisywane przez Wojtka stare zabudowania z cegły i kamienia, na wpół zburzone, porośnięte trawą i chaszczami. Wojtek zaciągnął nas głęboko w ruiny, poszukując miejsca, w którym go porzucili skrępowanego sznurem. Tu ruiny tchnęły pustką. Turyści trzymali się wydeptanych szlaków. Stało się jasne, że Wojtek mógł liczyć tylko na siebie. Po krótkich poszukiwaniach znalazł postrzępiony sznur, z którego uwolnił się wtedy, i worek, który nałożyli mu na głowę.

– Widzicie? Wszystko się zgadza. Nikt nie wierzył, że tak było naprawdę. Myśleliście, ze może coś ściemniam, żeby ukryć prawdę!

– Wojtusiu, ja ci wierzyłam! Naprawdę! – Podniosłam dwa palce jak w przysiędze – Przecież wiem, że nie zmyślałeś! Nam, Bliźniakom, po prostu zdarzają się różne dziwne przygody!

– Dzięki, Młoda, że mnie nie zawiodłaś! Przynajmniej ty jedna!

Zabraliśmy znalezione dowody do samochodu. Może się na coś przydadzą, kto wie?

– Popatrzcie! – Kapitan znał się chyba na wszystkim, co można było napotkać w tym rejonie świata. – To był kiedyś system płuczek, przez które przepływała woda. Największe kopalnie i złoża złota znajdowały się na północy wyspy. Tu był mniejszy ośrodek wydobycia. Dzięki tym płuczkom nie trzeba było oddzielać złota od mułu ręcznymi sitami. Tak, jak widzieliście w niejednym filmie. Uwaga na wykroty i dziury… Tam dalej znajduje się jedna z największych w świecie fabryk odsalania wody morskiej. Wyspa ma niewiele naturalnych źródeł słodkiej wody. Cała woda pitna pochodzi z odsalania morskiej.

O, kurcze, tego nie wiedziałam! A wydawało mi się, ze mają smaczną wodę.

Wróciliśmy do samochodu i resztę drogi pokonaliśmy słuchając opowiadań Jacka.

– Niedługo dotrzemy do wybrzeża okolonego zdradliwymi rafami. Są się prawie niewidoczne pod lustrem wody. Raj dla nurków! Ale postrach statków, bo znajdują się na tyle płytko, że wiele statków i łodzi rozbiło się na tych skałkach. Toteż wzdłuż linii wybrzeża leży wiele wraków. Niektóre z nich udostępniono do podwodnego „zwiedzania”.

– Można nurkować wśród wraków???

– Niezupełnie. Nurkować oczywiście można wszędzie, jeśli ma się pozwolenie. Ze względów bezpieczeństwa, turyści mogą nurkować tylko na wyznaczonych obszarach. Buszowanie wśród wraków jest zabronione głównie z powodu bezpieczeństwa. Tu jest parę miejsc, gdzie można zobaczyć zatopione statki. Tylko niektórym dano pozwolenie – tu Kapitan uśmiechnął się do siebie – na ryzykowanie zdrowiem i życiem wśród zatopionych szczątków.

Miał na myśli siebie. Na tych morzach i mieliznach spędził kawał życia. To była jego pasja i sposób na życie.

Mieszczuchy patrzą na ludzi tego pokroju z niezrozumieniem. Mieszczuchy boja się wszystkiego. Narażają swoje zdrowie w smogu, w miejskich korkach, w fast-foodach. Żyją w stresie, z metra do windy, z biura do supermarketu, w pogoni za… No właśnie! Za czym? Jego domem był cały świat. W górach, na morzu, czy na pustyni oddychał pełną piersią. I zapewne dałby sobie radę w każdych warunkach. Nie wyrzekał się cywilizacji. Ale aby żyć, musiał obcować z naturą. Widzieć niebo, morze, góry. (To tak samo jak ja!) Ryzyka, na jakie się narażał były inne i tylko pozornie większe. Były bardziej skondensowane, niż te, które niesie cywilizacja.

Kto wie jaki zły lub dobry los rzucił go na te wody. Jack nie lubił o sobie opowiadać, ale wywnioskowaliśmy, że dawno opuścił kraj. Domyślałam się, że do obrania takiej drogi życia skłoniły go miłość do natury i awanturniczy charakter (to nie negatywne określenie!). Ale na pewno coś jeszcze. Czy kiedyś się dowiemy?

*

Dochodziła druga, gdy dojechaliśmy do centrum wypraw podwodnych.

Program zwiedzania dla turystów przewidywał najpierw wejście do okrągłej łodzi podwodnej. Wyglądała tak, jak moje wyobrażenia o łodziach z powieści Juliusza Verne’a. Za to w środku była naszpikowana nowoczesną techniką. Miała rząd iluminatorów, przez które – po zanurzeniu na głębokość ponad czterdziestu metrów – można było obserwować podwodną przestrzeń. Wkraczając na pokład czułam się jak powieściowy Kapitan Nemo. Zanurzyliśmy się i po chwili otaczał nas podwodny świat.

Żywa rafa koralowa! To było warte zobaczenia!

Te kolory i kształty! Pod tym względem rafa wygrała ze światem motyli. Koralowce o kształtach i barwach nie do opisania. Czerwone, purpurowe, pomarańczowe, zielone, czarne. Olbrzymie anemony morskie! Wśród nich pływające ryby, których nazw nawet nie znałam. Angel-fish, parrot-fish – te nazwy mówiły same za siebie. Ryby tak kolorowe jak papugi, od których wzięły nazwę. Olbrzymie homary, langusty, manty, mureny. Barrakudy, ośmiornice, koniki morskie, i mnóstwo innych morskich stworzeń. Wszystko to pływało wokół nas, jak w gigantycznej porcji, przepraszam za porównanie, zupy bouillabaise!

Po opuszczeniu łodzi podwodnej, poszliśmy kawałek dalej, gdzie nurkowano z użyciem akwalungu. Wolałabym nurkować z butlą, jednak tu odbywało się tylko nurkowanie z akwalungiem. Celem był wrak statku.. Pod opieką wykwalifikowanych nurków, turyści odbywali spacer pod wodą i podchodzili do wraku na wyciągnięcie ręki.

Kapitan wyjaśnił nam krótko, o co chodzi:

– Nurkowanie z akwalungiem to sposób bezpieczniejszy dla amatorów. Nie trzeba przechodzić szkolenia, nie dźwiga się aparatu tlenowego na własnych plecach. Nie ma też problemu dekompresji przy wynurzaniu, bo schodzi się na niewielką głębokość. Dostaje się maskę połączoną długim przewodem z aparatem tlenowym. Aparat tlenowy znajduje się na powierzchni, najczęściej na łodzi.

– To takie nurkowanie dla dzieci i emerytów! – nie mogłam ukryć rozczarowania.

– Nie przesadzaj, Iza. Na początek będzie dla was idealne. A kiedyś wezmę was na „prawdziwe” nurkowanie z butlą. Tu będziemy oglądać wrak statku. Chciałem wam przybliżyć, chociaż troszeczkę, jak wygląda moja praca.

– Z tym prawdziwym nurkowaniem trzymamy cię za słowo, Jack!

Ubraliśmy maski i zeszliśmy powoli na głębokość około 20 stóp (tu wszystko podawali w jednostkach amerykańskich, stopach, milach, calach, funtach). Pod wodę schodziła z nami grupa dziesięciu osób plus dwu opiekunów. Posuwaliśmy się wolno i ostrożnie, dotykając dna. Widoczność pod wodą była dobra, o ile ktoś nie poruszył mułu na dnie. Tu właśnie zaczynał się wielki błękit!

Ale fajnie było tak sobie wędrować wśród pływających rybek! Kolorowych i ruchliwych. Cały czas prześladowały mnie wątpliwości, czy aby na pewno nie wpłyną mi do ust? Lub, nie daj Boże, innego otworu? Tutaj nie było tak kolorowo, jak przed chwilą na rafie.

Po kwadransie takiego chodzenia pod wodą zbliżyliśmy się do wraku. Trzymaliśmy się w grupie. Zresztą przewody tlenowe nie dawały nam zbyt dużej swobody poruszania się pod wodą. Sielanka trwała do momentu, gdy podeszliśmy do wraku. Poczułam wtedy straszne rozczarowanie. To miał być ten wymarzony, zatopiony żaglowiec? Od dzieciństwa namiętnie pochłaniałam powieści podróżnicze. Historia i podstawy żeglarstwa, konstrukcja i rodzaje żaglowców, sławni żeglarze i odkrywcy, korsarze i piraci, morza, wyspy, prądy morskie, i tak dalej, i tak dalej. To był mój żywioł. Byłam w stanie wiele poświęcić, by dotknąć moich marzeń!

I oto, co zobaczyłam. Kupę blach, pordzewiałych i rozpadających się. To nie był żaglowiec! Wrak, który nam pokazano, był statkiem wojennym z początków naszego wieku. Niemieckim, jak się później dowiedziałam. Żadnych żagli, masztów, po prostu nieromantyczna kupa rozpadających się blach, która roztrzaskała się kiedyś na podwodnych skałach. Byłam okropnie rozczarowana! Płynęłam wzdłuż kadłuba, chcąc jakby się upewnić, że to wszystko, że nie ma tu innego statku.

Po czym, nie czekając na resztę grupy, odwróciłam się obrażona na tę kupę złomu. Wystarczy tego oglądania. Postanowiłam wrócić na powierzchnię do czekającej łodzi.

I wtedy poczułam, że nie mogę złapać oddechu. Potem już nic nie czułam, bo zapadłam w nicość…

Koniec rozdziału czwartego

© Copyright by L. Orelei, 2008



[ góra ]

e-czytelnia

[ powrót ] | [ góra ]

 


 


Na tej stronie wykorzystujemy ciasteczka (ang. cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystanie z naszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies, umieszcza je w pamięci Twojego urządzenia. Więcej informacji na temat plików cookies znajdziesz pod adresem http://wszystkoociasteczkach.pl/ lub w sekcji „Pomoc” w menu przeglądarki internetowej.