e-czytelnia™ Wydawnictwa „e media” = literatura w internecie

e-czytelnia ` e media` - Strona główna

wersja e-czytelni™ dla urządzeń mobilnych Przejdź do treści

Internetowa czytelnia dobrym miejscem na Twój debiut literacki

Facebook



Krzysztof Pallarz: „Jak po prostu przeżeglowałem Atlantyk” — odcinek 13.

Komentarze» Wersja mobilna»

13 kwietnia, środa, dziewiąty dzień na oceanie.

Nocna wachta podobna do wieczornej, tylko wiatr jeszcze słabszy.

W oddali pojawiają się błyskawice burzowe. Częste błyski oświetlają gęste, ciężkie i groźnie wyglądające cumulonimbusy. Te nie wróżące niczego dobrego chmurzyska, zmierzają w naszym kierunku. Tymczasem wokół nas zupełny spokój, stan morza prawie zero. Żadne fale.

Przed końcem nudnawej, nocnej wachty, budzę jeszcze Rolfa — jego czas do objęcia aktywnej wachty. Dokonuję wpisu w dzienniku okrętowym. Zasypiam w salonie. O 06:30 zostaję już obudzony przez krzątanie się w kambuzie. Zapachy śniadaniowe również nie dają spać, zbieram się powoli do wstawania.

O 07:00, według czasu karaibskiego, stoję już na nogach. Czas karaibski, jako czas jachtowy, ciągle jeszcze obowiązuje. Dziś, śniadanie królewskie — jajecznica z befsztykiem oraz przez skippera świeżo upieczony chleb.

Po śniadaniu w rytmie muzyki Grönemeyera zmywam naczynia, skipper wyciera.

Niebo jest mocno zachmurzone, zaczyna padać ulewny deszcz. Deszcz leje gęsto i równomiernie jakby z ogromnego sitka. Masa falującej słonej wody została bardzo szybko i skutecznie uspokojona przez masę spadającej słodkiej wody. Powierzchnia oceanu przeobraziła się jakby w piaszczystą pustynną równinę z łagodnymi i niskimi wydmami. Uderzające o powierzchnię krople deszczu, przypominają duże ziarna piasku. Dokuczliwa wilgotność jest wszędzie odczuwalna.

Jedziemy na motorze, ładujac akumulatory.

W uznaniu oszczędnej gospodarki wodą, zażywamy pozaplanowego, ciepłego prysznicu. Czyni to wyśmienicie ciału i duszy.

W pokładzie pojawiają się następne nieszczelności. W mojej kabinie cieknie, przez nieszczelny luk, bezpośrednio na mój materac. Materac jest w dużej części zupełnie mokry i przy tak dużej wilgotności powietrza, praktycznie nie do wysuszenia.

Mimo tak ponurej pogody, załoga zachowuje dobry humor. Nadchodzi doniosły moment dla nas „atlantykowców”, teoretyczna połowa dystansu została pokonana, pozostało jeszcze drobne 1.300 Mm (2.408 km.), około dziewięć dni płynięcia. Z tej to okazji przewidujący York, wyciąga z prywatnego schowka koniak „Henessy” i rozlewa w statkowe szklaneczki. Wznosimy odpowiedni toast. Skipper, jak na tę okazję przystało, wygłasza oficjalne przemówienie, uroczyste mowy wygłaszają również niektórzy członkowie załogi. Ja tę uroczystość filmując, dokumentuję. W części nieoficjalnej wszyscy prawili sobie komplementy. Mnie się też parę trafiło. Atmosfera była bardzo podniosła i wzruszająca.

W tym miejscu trzeba dobitnie podkreślić, że załoga jest bardzo zgrana. Wszyscy mają dla wszystkich wiele życzliwości, funkcjonuje wzajemna pomoc. Potwierdza się wyjątek w regule, że zupełnie obcy sobie ludzie, w różnym wieku, z różnymi zawodami, z rozmaitych środowisk, z różnymi przyzwyczajeniami, z różnorakim temperamentem, potrafią też się zgrać w zupełnie przyzwoicie i bezkonfliktowo funkcjonującą załogę małego jachtu na bezkresnym morzu. Ta zgodność funkcjonuje w ciasnej statkowej rzeczywistości, w stosunkowo długim czasie i przy stresowych sytuacjach. Jest to godne podziwu oraz uznania. Tyle chwalenia się, tym razem.

Frapujące następne zdarzenie tego dnia, to szybujące ptaki nad naszą rybną przynętą. Najpierw pojawił się jeden, po kilkunastu minutach przyleciał następny, potem doleciały jeszcze dwa. Trzymały się nas prawie przez dwie godziny. Krążyły trochę nad przynętą, trochę nad jachtem. Postawiły nas wszystkich na nogi, obserwowaliśmy je z wielkim respektem. Niesamowity wyczyn tych drobnych stworzeń, które na środku oceanu, w odległości około 2.400 km do najbliższego lądu, szybują z pełną gracją i nie okazują znaków wyczerpania. Dla uzupełnienia im energetycznych ubytków, dokarmiliśmy je kalorycznymi smakołykami. Odleciały w zachodnim kierunku.

Wyjątkowo długo płyniemy dzisiaj na motorze. Wiatr jest bardzo słaby oraz ciągle jeszcze pada deszcz. Około 15:00 osiągamy wreszcie strefę słońca i pogody. Stawiamy żagle, płyniemy kursem 075°, osiągamy bardzo przeciętną prędkość pięciu węzłów.

Część załogi przebywa całe popołudnie na pokładzie, suszy wilgotne ciuchy i ręczniki. Stefan usadawia się na zrefowanej genui jak na wygodnym leżaku, doczytuje książkę z pokładowej biblioteki, popija karaibskie piwko i wygrzewa młode kości. Reszta odrabia zaległości w spaniu.

Spieram się trochę z Karl-Heinzem na temat ustawiania żagli. Odwołujemy się do skippera z prośbą o roztrzygnięcie sporu. Skipper salomonowym wyrokiem rozstrzyga — 50% dla mnie, 50% dla Karl-Heinza.

Słońce zbliża się ku zachodowi. Widoczność, ostrość barw i konturów scenografii wspaniałego widowiska, jakim jest zachód słońca, jest dziś wyjątkowo dobra. Zająłem wygodną pozycję, wyszukałem dogodne podparcie dla ręki trzymającej kamerę i rozpocząłem filmowanie. Filmowanie trwa kilkanaście minut i obejmuje wszystkie fazy chowania sie słońca. Ponad wyrazistą linią horyzontu rozpościera się stosunkowo wysoki, wolny od chmur, żółto-pomarańczowo-czerwony pas, którego centrum stanowi biała, ostro promieniująca tarcza słońca. Wolny pas od góry jest zamknięty gęstą powłoką ciemnych barankowych i pierzastych chmur. W pobliżu słońca baranki te się bardzo czerwienią, zapewne z powodu nagości słońca. Reszta sklepienia jest nieskazitelnie jasno-niebieska. Lekko falujące morze pokryte jest czerwonymi i mieniącymi się refleksami. Biała tarcza słońca powoli maleje,  jej jasność słabnie. Po kilku minutach z tarczy pozostaje tylko mały jasny punkt, który po chwili zanika zupełnie. Czerwone baranki pozostają jeszcze pewien  czas w zawstydzeniu. Urzeczony zjawiskiem myślę, że te ujęcia będą się doskonale nadawały do zakończenia mojego atlantyckiego filmu. Pozostaje jeszcze tylko dobrać odpowiednią muzykę.

Wieczorna wachta. „Salt Whistle” płynie po pustym i prawie bezfalowym oceanie, przy słabym wietrze 2-3°B, z prędkościa ponad pięć węzłów, niosąc komplet żagli na maszcie, w lekkim przechyle na lewą burtę, nad głową bezchmurne, gwieździste niebo urozmaicone rogalowym księżycem.

I tak kończy się północno-atlantycki dzień, który rozpoczął się ponurym deszczowym rankiem a zakończył pełnym kontemplacji, romantycznym wieczorem.

Etmal: 128 Mm, pozycja: 28°59' N, 048°45' W.

cdn.

© Copyright by Krzysztof Pallarz, 2009



[ góra ]

e-czytelnia

[ powrót ] | [ góra ]

 


 


Na tej stronie wykorzystujemy ciasteczka (ang. cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystanie z naszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies, umieszcza je w pamięci Twojego urządzenia. Więcej informacji na temat plików cookies znajdziesz pod adresem http://wszystkoociasteczkach.pl/ lub w sekcji „Pomoc” w menu przeglądarki internetowej.