e-czytelnia™ Wydawnictwa „e media” = literatura w internecie

e-czytelnia ` e media` - Strona główna

wersja e-czytelni™ dla urządzeń mobilnych Przejdź do treści

Internetowa czytelnia dobrym miejscem na Twój debiut literacki

Bookmark and Share

Facebook



Anna Stryjewska: z cyklu `Między nami` — Marsz żałobny

Komentarze» Wersja mobilna»

Marsz żałobny

Małe, senne miasteczko. Jesienne, dżdżyste popołudnie i ciągnący się w nieskończoność kondukt pogrzebowy. Tłum szarych, smutnych ludzi. Biała, drewniana trumienka, a za nią słaniająca się na nogach matka. Ona jedna, ona sama pogrążona w niemieszczącym się w żadnych rozmiarach bólu. Bo tam, w tej szczelnie zamkniętej, obłożoną masą świeżych kwiatów skrzynce, leżało jej jedyne, ukochane dziecko. Największy skarb jaki kiedykolwiek posiadała.

— Nie bój się córeczko, nie pozwolę ci leżeć tam samej w ciemności, wiem jak bardzo się jej boisz… położę się obok ciebie. A jeśli nie pozwolą???

 

Jakieś silne ramię trzymało ją kurczowo za każdym razem, gdy próbowała zawiesić się na trumnie, jakiś obcy krzyk próbował przedrzeć się przez skorupę zewnętrznej, pozornej obojętności. Nic nie słyszała, nic do niej nie docierało, jedynie jej własny wewnętrzny głos:

— Dlaczego mi to zrobiłaś Aniu? Dlaczego mnie zostawiłaś samą? I co ja teraz zrobię bez ciebie? Jak będzie wyglądał ten świat? Dlaczego nie dałaś mi jeszcze jednej szansy? Wiem, obiecywałam ci i przyrzekałam na wszystkie świętości, że od niego odejdziemy, że nie pozwolę, by nas jeszcze kiedykolwiek skrzywdził… ale nie dotrzymałam słowa. Chciałaś mnie ukarać? Chciałaś zadecydować za mnie, bo wiedziałaś, że jestem zbyt tchórzliwa żeby odejść? Wielokrotnie błagałam cię o wybaczenie, tłumacząc, że nie mam na tyle siły by zmierzyć się z nową rzeczywistością i skazywałam cię tym samym na koszmar. A w dodatku kazałam ci milczeć. To miała być nasza tajemnica... tylko nasza. Zabrałaś ją ze sobą, tylko jak ja mam teraz żyć bez ciebie, bez mojej ukochanej córeczki?

Ciężkie tony „Marsza żałobnego” zadudniły jej w uszach. Wdarły się w nią z całym impetem, przenosząc ją jednocześnie w inny wymiar rzeczywistości. Znieruchomiała na chwilę. Jej oczy rozbiegły się na wszystkie strony rejestrując setki wpatrzonych w nią obcych, zaciekawionych oczu.

— Co ja tu właściwie robię? Co to za ludzie? Kim jest ta dziwna kobieta w czerni słaniająca się na nogach? Przecież od godziny powinnam być w parku, gdzie umówiłam się z Anią. Miałyśmy iść na świeże pączki do pobliskiej cukierni. Pewnie stoi teraz i marznie, nawet nie wzięła rano czapki, a mnie tam jeszcze nie ma. Muszę się tam koniecznie dostać, tylko jak? „Marsz żałobny” wypełnił dźwiękami całe jej jestestwo, poczuła napływ świeżej energii. Wyrwała się z żelaznego uścisku i używając nadludzkiej siły przedarła się przez zdumiony jej zachowaniem tłum. Biegły za nią jakieś głosy, krzyki, ale ona nie zważała na nic. Uśmiechnęła się triumfalnie, gdy kondukt żałobny zniknął jej z oczu.

— Nareszcie sobie poszli! Nareszcie była wolna! Kto ją do diabła ubrał w te koszmarne rzeczy? Ania nie lubiła jej przecież w czerni. Zawsze podkreślała, że w tym kolorze przybywa jej co najmniej dziesięć lat. Musiała koniecznie wrócić do domu by się przebrać.

— Dlaczego ci ludzie tak dziwnie na mnie patrzą? — myślała biegnąc chwilę później chodnikiem ubrana w błękitną sukienkę w kwiaty i słomkowy kapelusz — dlaczego jest tak cholernie zimno?

Rozejrzała się niepewnie po alejach parku. Ale dlaczego jeszcze nie ma Ani? Może już była i sobie poszła, tylko gdzie?

— Przepraszam pana, która jest teraz godzina?

Mężczyzna w długim, flauszowym płaszczu utkwił w niej współczujące oczy. Kuląc się z zimna ruszyła przed siebie. Na ławce przy fontannie siedziała odwrócona do niej tyłem dziewczynka w czerwonej czapce z ogromnym pomponem i granatowym płaszczyku w kratkę.

— A więc tu jesteś skarbie? Wiedziałam, że będziesz na mnie czekać w tym miejscu. Teraz już nikt nas nie rozdzieli! Miałam taki koszmarny sen! Zaraz ci go opowiem!

Podbiegła bliżej i otworzyła szeroko ramiona. Dziewczynka odwróciła się na jej widok, ale nie była to jej Ania. Zobaczyła starą, pomarszczoną twarz bez oczu wykrzywioną szyderczym śmiechem. Znieruchomiała.

— Aniu gdzie jesteś?! — wyrwał się z jej piersi okrzyk przerażenia .

Jakieś silne ramię szarpnęło ją i obezwładniło, poczuła ból. Odpowiedziała jej głucha cisza, zapadła ciemność.

 

Obudziła się w białym, pustym pokoju bez klamek.

© Copyright by Anna Stryjewska, 2009



[ góra ]

Komentarze

Społeczność e-czytelni na Facebooku

Rekomendacje

e-czytelnia

[ powrót ] | [ góra ]

 


 


Na tej stronie wykorzystujemy ciasteczka (ang. cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystanie z naszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies, umieszcza je w pamięci Twojego urządzenia. Więcej informacji na temat plików cookies znajdziesz pod adresem http://wszystkoociasteczkach.pl/ lub w sekcji „Pomoc” w menu przeglądarki internetowej.