Problem z bazą danych: odrzucone zapytanie Jerzy Turnau: „Wnuczka pana rotmistrza” :: eczytelnia.pl

e-czytelnia™ Wydawnictwa „e media” = literatura w internecie

e-czytelnia ` e media` - Strona główna

wersja e-czytelni™ dla urządzeń mobilnych Przejdź do treści

Internetowa czytelnia dobrym miejscem na Twój debiut literacki

Facebook



Jerzy Turnau: „Wnuczka pana rotmistrza” — odcinek 10.

Komentarze» Wersja mobilna»

Jerzy Turnau: Wnuczka pana rotmistrza

VI

Owej niedzieli po odjeździe gości rozgrzany tokajem pan Ignacy długo jeszcze gawędził z żoną.

— Trzeba przyznać — mówił — że ten Pałkowski to całkiem przystojny człowiek.

— Pałecki — poprawiła pani Ludwika.

— Niech mu będzie Pałecki. I wcale do rzeczy. Co powie, ma głowę i nogi. Nie dziwię się, że się w nim Stefcia durzy. I skoro tamtego nie chce, to ostatecznie moglibyśmy się zgodzić, mimo że Węgrzyński dużo lepsza partia. Cóż myślisz, Luniu?

— Ja tak samo myślę, Ignasiu. I powiem ci, że Chłopicka zna rodzinę Pałeckiego. To mają być bardzo zacni ludzie. Matka Irzycka z domu, z księstwa. A ten Leon to serdeczny przyjaciel młodego Średniawskiego, i uważany jest za luminarza.

— O, nie mówiłem? — zaczął się niecierpliwić stary rotmistrz, który dla swego fizycznego i normalnego zdrowia musiał się codziennie z kimś przekomarzać. — Nie mówiłem? Już i ty jesteś po stronie Pałeckiego?!

— Mój Ignasiu! Sam przecież mówisz…

— Co mówię? Konstatuję, że… i tam dalej. Ale konstatuję także, i trzeba być ślepym, jeśli się nie widzi, że temu Pałeckiemu ani się śni o Stefci. Rżnął w bridża cały wieczór, wcale na nią nie spojrzał. A ty, Luniu, już sobie plany robisz i już Węgrzyński w kąt! Dlaczego? Z jakiej racji?

— To dlaczegóż, Ignasiu, zatrzymałeś na kolacji pana Pałeckiego? — próbowała atakować właścicielka Rębowa.

— Cóż ma jedno do drugiego? Zatrzymałem, bo on mi się osobiście podoba — no, i chciałem widzieć, jak się będzie brał do Stefci. I dobrze się stało, bom się przekonał, że ani dudu. Gdybym go nie był zaprosił, ani ja, ani Stefcia nie bylibyśmy się miarkowali, że on nie tego… Więc czy teraz rozumiesz, co z tego wynika, Luniu?

— Nie wiem, Ignasiu.

— Ty się nigdy niczego nie domyślasz… Otóż to wynika, że trzeba stanowczo wybić Stefci z głowy tego dryblasa. Będzie się kochać, dostanie blednicy, a wszystko na nic, skoro facet nie reaguje. Niech sobie Stefcia zostanie przy Zygmuncie — i kwita.

Stefcia zaś nazajutrz od rana (zanim dziadzio wstał z łóżka) pisała brulion listu do Węgrzyńskiego. Przepraszała za zawód, jaki mu sprawia, na swoją obronę powołując się na to, iż od początku wyraźnie mu mówiła, że jakkolwiek jego „przychylność” bardzo sobie ceniła, to jednak nie mogła i nie może jej odwzajemnić; powtarzając ponownie prośbę o zwolnienie jej ze słowa danego mu na naleganie dziadka, zwraca mu równocześnie pierścionek, żałuje itd. Poprawiła, przepisała, wpisała datę przewidzianego przez dziadka jednomiesięcznego terminu, schowała list do tej samej szufladki, w której było pudełko z pierścionkiem. Chciała to mieć przygotowane, by w odpowiedniej chwili dziadkowi dla dalszej ekspedycji przedłożyć.

Podczas gdy Stefcia pisała, odbyła się tajemna konferencja Łukasza z jego panem, w której się pan Ignacy dowiedział, iż rządca z Krzywodębów został przychwytany z jakąś Sabinką porwaną nie z Rzymu, lecz z pól rębowskich do olszynki. Wiadomość ta była staremu żołnierzowi-dyplomacie bardzo dogodna, bo ułatwiała przekonanie Stefci, żeby sobie wyperswadowała młodego ułana. I kiedy Stefcia przyszła w południe do kancelarii, rotmistrz, podając jej właśnie z torby pocztowej wyjęty list od Węgrzyńskiego (pisywał on regularnie co tydzień) wyrzekł z naciskiem:

— Masz tu list od Zygmunta. Zastanów się, moje dziecko, dobrze się zastanów… Ty sobie głowę zawracasz tym Pał… Pałeckim, a on wcale na twoje czułe oczka nieczuły. Ja się na tym rozumiem, moje dziecko.

— Wszak umówiliśmy się z dziadziem, że sprawa odłożona do końca miesiąca. Dlaczego dziadzio chce przyspieszyć decyzję?

— Proszę cię — srodze obrażony odparł dziadzio — nie odpowiadaj mi zuchwale!

— Cóż w tym zuchwałego?

— To, że ja twego dobra pragnę, a ty opryskliwie mi się stawiasz. I do tego doprowadzisz, że utracisz Zygmunta, a Pałkowskiego nie dostaniesz! To ja ci mówię! A pamiętaj, żeś sierota!

Stefcię zaintrygowała nagle na nowo rozbudzona troskliwość dziadka o jej sprawy małżeńskie. Zaczekała, aż nieco ochłonął z gniewu, po czym zapytała milutkim, niby żartobliwym głosikiem, który zwykle rozbrajał staruszka.

— Skądże dziadzio wie, że się panu Pałeckiemu nie podobam?

— Skąd? A to doskonałe! Myślisz, że jeżeli się paniczowi panna podoba, to gra w karty, zamiast do niej oczy przewracać?

— Cóż miał uczynić, skoro go dziadzio zaprosił do zielonego stolika…

— Mógł się wymówić. Zresztą ty mnie nie ucz! Są i inne sprawki twojego ideału, które jeszcze wyraźniej dowodzą, że jemu ani się śni. Ale to ci już babcia powie, bo ja nie wiem, jak ci to wytłumaczyć.

— Dziadziu! Niech mi dziadzio powie! — zaczęła prosić, składając ręce bardzo zaciekawiona i nieco zaniepokojona.

— Ale dajże mi pokój… Babcia ci to powie wieczorem…

— Dziadziu! Dziadziuniu! Ja muszę zaraz wiedzieć. Czy nie mogę teraz iść do babci?

— Ona jeszcze nie wie, dopiero się dowie ode mnie i uradzimy.

— Cóż za straszna historia! Boże! — przerażona zawołała Stefcia.

— No, no, nie krzycz! Nic takiego strasznego. Skoro chcesz, to ci powiem… No… jakby to… Więc uważasz dziecko, mężczyźni to nie tak jak panny, jak porządne panny. Bo porządna panna, jeżeli romansuje, to po to, aby iść za mąż. A u młodych kawalerów inaczej. Taki sobie romansuje, chociaż nie chce się żenić…

— Skąd takie posądzenie?

— Czekajże. Nie przerywaj. Więc… bo to widzisz… To tak, jak manewry a wojna. Małżeństwo to już wojna, a bywają takie miłostki, co to podobne tak samo do małżeństwa, jak manewry do wojny. Tymczasem albo jedno, albo drugie. Jeżeli więc ktoś robi manewry, to nie myśli o wojnie. Otóż właśnie tak jest z twoim ułanem. Rozumiesz?

— Nie rozumiem, dziadziu.

— Bo lepiej, żeby to babcia ci powiedziała.

— Kiedy ja nie wiem, kto z kim manewruje?

— No, któżby? Pałecki ma sobie ot, takie tam miłostki, co dowodzi, że o małżeństwie z tobą nie myśli…

— To jest kłamstwo! To ktoś umyślnie dziadzia okłamał! — z oburzeniem zawołała panna Stefcia.

— Powoli, powoli, moja panno! Jak ja co mówię, to wiem, co mówię! Tak jest, jak ci mówię.

— A ja dziadziowi powtarzam, że to oszczerstwo, podłe oszczerstwo!

— Czy chcesz, bym ci świadków postawił?

— Na co? O czym świadczyć mają?

— O czym? Że on ma stosunki z dziewczętami wiejskimi! chciałaś, to masz!

— I dziadzio temu wierzy?

— Moja Stefciu! Moje dziecko! Nie wymagaj, bym ci mówił rzeczy nieprzystojne. Jakiż miałbym cel, by mówić bezpodstawne oskarżenia? Twój Pałecki nawet mi się podoba. Przekonałem się do niego. I ta informacja mnie zabolała! Ale pochodzi z zupełnie pewnego źródła. Tak, niestety, moje dziecko! To są fakty, stwierdzone naocznie…

Jeszcze nie dokończył mówić, gdy biedna Stefcia wypadła z pokoju. Miała uczucie, jak gdyby wskoczyła do lodowatej rzeki. Tchu jej brakowało. Próbowała sobie wytłumaczyć, że to nieprawda. Znała jednak dobrze dziadka i umiała ocenić, że to, co dziadzio mówił, mówił na podstawie niewątpliwych wiadomości.

Chodziła szybko po swoim pokoju. Wyskoczyła przez okno, biegała po ogrodzie gniewna, a zarazem zmartwiona niemal do rozpaczy. Taki zawód! Miała go za człowieka uczciwego, on tymczasem zapewnia ją o miłości, a równocześnie wdaje się z jakimiś tam…

Słyszała już dawniej, że młodzi ludzie bawią się w takie „manewry”, ale Leon! Leon, o którym Bibcia mówiła, że taki religijny! A to przecie wielki grzech, takie romanse dla zabawy…

Przy obiedzie siliła się na spokój. Później otworzyła i odczytała list Węgrzyńskiego. Był, jak zwykle, uprzejmie-urzędowy. Styl poprawny, pismo z „charakterem”, przyzwoite odstępy między „łaskawa panno Stefciu” a treścią, oraz w podpisie margines należyty… Treść, jak zwykle… Gdzie był, gdzie pojedzie, zapytuje o zdrowie, zapewnia o niezmiennym „przywiązaniu” i nie traci nadziei, że „wytrwała służba” zjedna „przychylność” Stefci, którą sobie tak „wysoko ceni” i tak „gorąco pragnie” itd.

Ze wstrętem podarła list, wrzuciła do kosza. Usiadła przy oknie i patrzyła w ogród. Deszcze przestał padać. Gdyby tak wyjść, iść na granicę, tam, gdzie się spotkali…. Może przyjdzie. Może wysłać Karolcię? Wszak najprostsza droga się z nim otwarcie rozmówić! Ale jak mu to powiedzieć? Nie, spaliłaby się ze wstydu! Boże! Boże! Jakie to bolesne!

Któż to dziadziowi doniósł!? I od kiedy dziadzio o tym wie? Czemu wcześniej nie powiedział? Czy to sprawa dawna, czy nowa? Jeżeli dawna, to ostatecznie… można by Leonowi przebaczyć. Może to zrobił z desperacji, że ona zaręczona?

Skoro dziadzio mówi, że są „świadkowie” i że „zupełnie pewne źródło”, to musiano istotnie te romanse Leona widzieć!… Gdzie i kiedy?

Nagle Stefcia palnęła się złożonymi na płasko palcami w czoło, powstała szybko i z dowcipnym uśmiechem uchyliła drzwi od kancelarii. Rotmistrz już zakończył drzemkę i pykając z fajki na długim cybuchu, kładł sobie pasjansa.

Stefcia wsunęła się cichutko i nagle usiadła na ziemi przy kolanach dziadka, pieszczotliwie się doń przytulając.

— A to co znowu? — zdziwił się pan Ignacy.

— Dziadziu! Jedyny, kochany dziadziu! Niech mi dziadzio powie, kiedy były te historie pana Pałeckiego i kto o tym opowiadał?

— No, widział też kto? I cóż ci z tego przyjdzie, że się dowiesz? Czy to zmieni istotę czynu i dowiedzie ci, że się jednak o ciebie będzie starał?

— Mój dziadziu kochany, niech dziadzio powie!

— Chcesz koniecznie? Więc nie dawniej, jak wczoraj koło południa spotkał Kaleta swojego rządcę, jak się czulił do jakiejś dziewuchy koło olszynki. Masz dosyć, czy chcesz lepszych dowodów?

Stefcia powstała, klasnęła w dłonie i zaśmiała się głośno. Lecz zaraz spoważniała, bo białe krzaczaste brwi dziadziowe ściągnęły się groźnie.

— Cóż to za śmiechy? Kpisz sobie, panna, ze mnie, czy co?!

— Nie, dziadziu, nie kpię. Tylko… no, już muszę dziadziowi wszystko powiedzieć… Chciałam dopiero, gdy upłynie ów miesiąc, bo tak dziadziowi przyrzekłam, ale skoro tak…

— No, mówże, do stu…

— Dziadziu! Ta dziewucha koło olszynki to był… była…

— Powiedzże, nieznośna…

To byłam ja, dziadziu!

Rotmistrz wybałuszył czarne oczka, otworzył usta, i tak stał przez chwilę. Wreszcie zaczął mrugać jak ktoś, co widzi źle, i zapytał:

— Co ty pleciesz, głupia sroczko?

— Mówię tak, jak było.

— Jak było? — huknął znowu staruszek.

— Tak było, że poszłam żąć z Karolcią karbownikówną pszenicę od granic; przyszedł pan Leon… pan Pałecki, no i rozmawialiśmy sobie w olszynce…

— Co ona bredzi? Luniu! Luniu!

Pani Ludwika weszła ze strachem w oczach.

— Słuchajże Luniu. Więc powtórz, coś mówiła!

— Proszę dziadzia! Proszę babci! Już wszystko muszę powiedzieć, a nie mówiłam, bo dziadzio chciał, aby zwlec do miesiąca z zerwaniem!

— Nie o zerwanie mi chodzi, tylko o tę olszynkę, chytra sroczko! Więc mów!

Dziadzio miał minę raczej zaciekawioną niż złą.

— Więc właśnie — na wpół z płaczem spowiadała się Stefcia. — My się z panem Leonem znamy od pięciu lat… On mi się oświadczył jeszcze wówczas. Ale potem przyszła wojna… Potem mnie dziadzio namówił na tego Węgrzyńskiego. Niechże mi dziadzio nie przerywa… więc się zaręczyłam z tym nieznośnym… tymczasem pan Pałecki wrócił. W niedzielę bardzo był na mnie obrażony o to narzeczeństwo, ale właśnie wczoraj spotkaliśmy się przy olszynce. Nie chciałam, żeby nas cały świat widział, więc go zaprowadziłam na tę polankę, dziadzio wie, i tam się wszystko wyjaśniło…

— W olszynce?

— A jakże. A potem żegnaliśmy się, nadjechał Kaleta, widział nas i on to z pewnością powiedział… Jeżeli dziadzio nie wierzy, proszę się spytać Karolci, ona to wszystko poświadczy, bo żęła pszenicę koło olszynki. Niech się dziadzio nie gniewa! Mój złoty dziadziu!

Chciała ucałować rękę staruszka. Ale on powstał i zapytał dobitnie:

— No, a zobowiązał się, że się z tobą ożeni?

— Jak to zobowiązał? Przed pięciu laty oświadczył się i miał przyjechać oświadczyć się dziadkowi i babci, ale jeszcze wtedy nie miał stanowiska, potem ta wojna, a wczoraj chciał zaraz tu przyjechać, na co mu nie pozwoliłam, bo przecież przyrzekłam, że do miesiąca, i chciałam słowa dotrzymać… Dlaczego się dziadzio śmieje?

Pan Ignacy śmiał się, krztusił się od śmiechu. Wreszcie dał Stefci lekki policzek i uszczypnął ją w ucho.

— Więc to takim sposobem uczą na pensji łapać kawalerów? No, no, całkiem ciekawa historia! Idźże sobie teraz, moja panno, bo wobec takiej sytuacji musimy z babcią uradzić, co dalej…

— Dziadziu! Ja stanowczo nie chcę Węgrzyńskiego, ja kocham Leona i on mnie kocha…

— Wynoś mi się zaraz. Już ja ci krzywdy nie zrobię.

cdn.

© Copyright by Jerzy Turnau, 2010



[ góra ]

e-czytelnia

TOP 10 miesiąca
listopada

Brak danych

TWOJA LEKTURA INTERNETOWA

Nie czytałaś/-eś jeszcze niczego w e-czytelni™!

KSIĄŻKI `e media`

„Rodzina”. Zamów tę książkę w naszej księgarni

KSIĄŻKI
GRUPY HELION

: R E K L A M A :




INNE INTERNETOWE SERWISY e media

[ powrót ] | [ góra ]

 


 


Na tej stronie wykorzystujemy ciasteczka (ang. cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystanie z naszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących cookies, umieszcza je w pamięci Twojego urządzenia. Więcej informacji na temat plików cookies znajdziesz pod adresem http://wszystkoociasteczkach.pl/ lub w sekcji „Pomoc” w menu przeglądarki internetowej.